sobota, 27 października 2012

Nie Ratuj



NIE RATUJ

Czasami naprawdę chcę sobie szkodzić
czasami szkodzenie pomaga mi
czasami lepiej być chorym niż zdrowym
czasami lubię smak własnej krwi

Wybacz mi panie, tak słodko upadać
tak mocno żyć umierając
w powiekach mam gwiazdy
znów będą spadać
iskierki śmierci co sztuką się stają

Lecz proszę nie ratuj!
tak lubię się spalać, wybuchać
uwalniać sny i snów szukać
pruć się włóczką poezji
na przełęczach światów

             nie ratuj………!

ZEN 2



ZEN 2

blask we mnie się rodzi
blas we mnie dojrzewa
blask ze mnie wychodzi
rzeką się rozlewa

szumi bzem
drzewami snami
myśli pachną słońcem
 wiatrem i ptakami

blask we mnie się rodzi
blask do mnie powraca
słońcem promieniuję
to jest moja praca

gdy zobaczysz drzewo
pomyśl – jestem drzewem
gdy zobaczysz ptaka
leć się spotkać z niebem

kiedy mnie nie będzie
nie myśl  o mnie wcale
gdy jesteśmy razem
bądźmy jednym ciałem

czas  się we mnie rodzi
czas do mnie powraca
nad jeziorem brodzi
nie wie, że to praca

Nunraw



WSPOMNIENIA Z NUNRAW

Możesz powiedzieć, że każdy potrafi pisać o tym co się stało, trudniej stworzyć coś nowego. Wiem,  jednak po trzydziestu latach wśród wierszy i bajek postanowiłem dla odmiany zbliżyć się do prawdy tak bardzo jak to tylko możliwe nie płosząc jej przy tym. 

07.08.2012

Pierwsza noc w klasztorze.
Śniło mi się , że rodziłem, więc znowu byłem kobietą. To miał być mój drógi poród tego lata istniała więc obawa czy płód przeżyje. W tym szpitalu był Terminator , który chciał mnie zabić i jeszcze dwa inne, które miały mnie chronić. Istniała jednak obawa, że ten który chce mnie zabić przeprogramuje pozostałe dwa. Do porodu nie doszło nie pamiętam dlaczego, za wcześnie chyba, ciągnęli coś ze mnie jakimiś rurami , ale nie dali rady i w końcu nic nie wyciągnęli.  Zresztą źle spałem, budziłem się co chwila, marzłem. Dopiero rankiem odkryłem w szafie wspaniały ciepły koc w kolorze łososiowym. Patrze teraz na swój pokój – cele , to ostatnie nie dostatecznie oddaje moje uczucia przez złe asocjacje oczywiste dla każdego , z jakichś powodów mnisi nie wymyślili własnej nazwy widać nie potrzebowali odróżniać dewocji dla zbrodni od dewocji do Boga na poziomie językowym.  Dalsze inklinacje takiego stwierdzenia zostawiam już tobie sam goniąc dalszy ciąg uciekającej  historii.
Obudziłem się ok.  piątej i już nie mogłem spać.  To miejsce jest bardzo piękne i ciche
Tykanie mojego zegarka na rękę słychać wyraźnie w całym pokoju.
Pomedytowałem więc , wreszcie.  Nie wim czy to przez tę ciszę, czy może szczególną energię tego miejsca, ale była to medytacja wyjątkowo głęboka i przyjemna.  Popracowałem potem trochę nad włosami, które po wczorajszym myciu zupełnie zdziczały. Z lustra patrzy na mnie artysta rasowy, substancjonalny powiedziałbym, do szpiku kości. Dlaczego więc nie tworzę ? Jakaż inna racja mojego istnienia ? Dzieci przecież nie wychowuję. Przybyłem  tutaj żeby się tego dowiedzieć. Nunraw Abbey gościnny klasztor Cystersów – miejsce wytchnienia dla tych co zgubili drogę. Widzę teraz, że nie przygotowałem się najlepiej. Nie wziąłem mydła, ręcznika i innych rzeczy podstawowych. Cudem jest jednak, że wziąłem samego siebie, reszta to drobiazgi. O innych rezydentach trudno mi na razie cokolwiek powiedzieć  prócz tego, że są w wieku od sześciu miesięcy do powyżej osiemdziesięciu lat. Dziewczyny jakieś, bardzo ładne, ale chyba jeszcze za młode… albo to ja niepostrzeżenie przekroczyłem linie za, którą zaczynają interesować człowieka kobiety w średnim wieku. Czas nie… słup, nie stoi. To, że świadomie nie notuję starzenia się, nie znaczy, że chemia mojego mózgu, ciała i duszy, sposób postrzegania piękna i wrażliwość nie zmieniła się i nie obsunęła mnie niepostrzeżenie na drugą stronę barykady, za którą są już tylko dorośli i bardzo dorośli – doroślaki. Zresztą dziewczyny – jedna już z bobasem – nie zwróciły na moją skromną osobę szczególnej uwagi, choć z drugiej strony zdążyłem się już nauczyć, że z kobietami to nigdy do końca nie wiadomo. Najgorzej zaś jest gdy zdaje ci się, że jesteś naprawdę kochany. Wtedy przepadłeś.  Szybko uzależniasz się od tych dawek bezwarunkowego uwielbienia . Nie możesz ich dozować oznaczałoby to bowiem skrzywdzenie kochającej więc chłoniesz na maxa  i wpadasz po uszy w regularne ćpanie bez limitu, aż nieuchronnie nadejdzie moment deprywacji, kiedy dziewczę się odkocha lub zniknie z krajobrazu z jakichś innych przyczyn tak samo nagłych jak niewyjaśnionych. Wtedy nieuchronnie nadchodzi  piekło odstawienia,  którego symptomy  zabijają cię fizycznie i duchowo przez minimum rok czasu.  Źródło narkotyku jest przy tym całkowicie niedostępne, żaden diler nie handluje nim za żadne pieniądze, nie przepisze żaden lekarz. W tym czasie bardzo możliwe, że targniesz się na swoje życie, zaczniesz pić nałogowo, oraz staniesz się bywalcem poradni psychoterapeutycznych i psychiatrycznych i konsumentem wymyślonych na tę okazję tabletek  takich jak Prozak, Permazyna czy Metrozapin, na którym ja sam jadę ostatnio.  Więc dopóki kobiety nie zwracają na ciebie uwagi doprawdy rozsądny człowiek nie ma powodu narzekać.
            Jest tu  tak przyjemnie, spokojnie i cicho, że myślę o tym żeby zostać tu na dłużej. Na zawsze może… bawię się tą myślą przez chwilę jak starą zabawką z dzieciństwa taką niemożliwą nagle w moich dorosłych dłoniach.
                        Zdjąć maskę z twarzy, zapomnieć roli
                        w milczeń ocean płynąć
                        powoli…      
Obserwuję taniec jaskółek za oknem. Ich radość życia jest szczera i naturalna, niewymuszona jak u dzieci. Ich lot to czysta zabawa nieświadoma własnej gracji.  Ubrałem się, zszedłem w dół po niesamowitych spiralnych schodach i doznałem zdumienia gdy przedziwna architektura tego budynku wyrzuciła mnie w zupełnie innym skrzydle, w miejscu, w którym na oko żadną miarą nie powinienem się znaleźć.  Inna rezydentka pewna starsza Szkotka, która załatwiała właśnie swojego porannego dymka widząc moje skonfundowanie spytała czy się nie zgubiłem. Wyjaśniłem jej powód swojego zmieszania i przez chwilę rozmawialiśmy śmiejąc się w ten niewymuszony sposób w jaki latają jaskółki. Ta Szkotka miała na imię Agnes i miała być moją przyjaciółką i sojuszniczką przez resztę pobytu. 
            O 8.30 była msza, fajna, nie za długa, kameralna w małej kapliczce. Kazanie o Zezusie chodzącym po wodzie. Łudka jako metafora kościoła, burza i wiatr to trudności z jakimi się on zmaga. A Jezus to oczywiście Jezus. Jeszcze nie słyszałem żeby Jezus stanowił metaforę w jakimkolwiek kazaniu. To byłoby chyba swego rodzaju świętokradztwo, a szkoda bo postać wybitnie się nadaje na metaforowanie postaw i przeżyć co zresztą czyni z powodzeniem  w mowie i symbolice powszechnej.  Zaciekawił mnie dalszy ciąg tej historii, na który dotąd nie zwracałem uwagi. Kiedy burza i wiatr się uciszyły Jezus pokazał apostołom gdzie mają zarzucić sieci, które błyskawicznie napełniły się rybami. Potem zszedł na brzeg i zaprosił uczniów na śniadanie. Tę sytuację stary mnich – Ojciec Rajmund – przedstawił jako metaforę nieba – cichej przystani, na której siedzi Jezus i zaprasza nas na śniadanie. Obraz trafia do wyobraźni zupełnie bezbłędnie. Scenę da się narysować i w jednej chwili słuchacz widzi siebie zmęczonego i głodnego w łódce i Jezusa ze śniadaniem czekającego na brzegu. Sztuczka była skuteczna także dlatego, że msza była przed śniadaniem i do tej pory wszystkim już porządnie burczało w brzuchach.   Sprytny mnich wiedział, które struny potrącić. Przy śniadaniu wyraziłem pogląd, że wbrew zapowiedziom proroków świat zmierza w dobrym kierunku co można stwierdzić np. po braku wisielców na przydrożnych drzewach. Po lewej miałem Agnes, która zgodziła się ze mną skwapliwie, ale siedząca po prawej Linda zaoponowała mówiąc, że jeszcze dziesięć piętnaście lat temu w Edynburgu nie było żebraków,  a teraz jest ich pełno. „Ale to Polacy, Litwini i inni przybysze ze wschodu” -dodała. Nie, nie poczułem się urażony, zdumiony raczej zestawieniem współczesnych sytych i dobrze odzianych żebraków i średniowiecznych wisielców, otrząsnąłem  się jednak szybko i powiedziałem, że zgodnie z moją najlepszą wiedzą są to głównie szkockie ćpuny . Nałóg heroinowy jest rzadkością wśród przyjezdnych. Linda zaprzeczyła gwałtownie. Powiedziałem więc, że miałem przyjemność mieszkać w Edynburgu i znam z imienia ludzi parających się tym pradawnym rzemiosłem.  Wymieniłem nawet kilka imion specjalnie dobierając takie żeby nie było wątpliwości skąd pochodzą : Ian, Hamish, Struan, poleciałem ciurkiem śmiejąc się w duchu jadowicie.  „Nie obchodzi mnie czy znasz ich z imienia, to nie są Szkoci!”  - Linda krzyczała niemal, a jej ręce trzęsły się tak, że musiała odłożyć łyżkę. Zmieniłem  temat pozostawiając sobie ten drobny incydent do rozważenia na później. Teraz widzę, że oboje wyparliśmy się tych ludzi. Na dobrą sprawę skąd mogłem wiedzieć, czy nie ma wśród nich Polaków. Znałem Polaka w Londynie, który na kolanach żebrał więc dlaczego nie tu ?  Ok Polacy raczej stronią od hery, za to piją nałogowo. Obydwa nałogi degradują w podobnym stopniu, alkohol może nawet bardziej, o co mi więc chodziło ? Wyparłem się ich po prostu i tak oto wspólnie z Lindą stworzyliśmy nową nację – nację żebraków – niczyją. Nie wiem czy nie pójdę za daleko, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że ta niechęć i brak miłości są nie tylko skutkiem ich położenia, ale także przyczyną.
Po śniadaniu spałem twardo przez dwie i pół godziny. Obudził mnie dopiero dzwonek na lunch. Więc zwlekłem się z łóżka i powlokłem z powrotem na dół napełniać tłuste brzuszysko.  Spóźniłem się nieco i nie chcąc dosiadać do pogrążonych w konwersacji obcych (miejsce obok Agnes było zajęte)  usiadłem sam.  Jedno co można powiedzieć o tutejszej kuchni – nie zna soli. Dobrą łyżkę można dorzucić w ciemno do wszystkiego i dopiero da się to zjeść.  Po obiedzie zmywałem naczynia – mój krok w kierunku adaptacji środowiskowej instynkt silny, zwierzęcy.  Krok bardzo skuteczny, zapamiętano mnie pozytywnie i wdałem się w kilka rozmów nic nie znaczących oczywiście semantycznie ogromnie jednak znaczących towarzysko. To pierwsze mosty przerzucone skutecznie na drugą stronę znajomości. Po nich będziemy się teraz odwiedzać, migrować  i zasiedlać własne krainy to one zostaną właśnie spalone jeśli się pokłócimy.  A byłbym zapomniał zapytałem po mszy starego ojczulka gdzie można składać donacje – zapłatę za pobyt i jedzenie. Jakież było moje zdumienie gdy zamiast zabrać mnie do biura, przyjąć pieniądze i wystawić rachunek, viva kościół w Polsce, wskazał na niepozorną skrzynkę na ścianie z napisem DONATIONS i powiedział, że to tam.  Wrzuciłem co miałem wrzucić, nikt nie patrzył i nikogo nie obchodziło ile wrzucam, ani jak długo dokładnie planuję zostać. Takie podejście do spraw finansowych jest bardzo miłą niespodzianką i niemałą ulgą. Widzę teraz jak daleko sam zabrnąłem w skąpstwo i liczykrupstwo. Przypominam nieco babcię z jej odwieczną listą wydatków, ale o ile u niej miało to jeszcze jakiś sens praktyczny o tyle u mnie jest to wyłącznie dręczenie siebie i innych. Bo przecież i tak nie kontroluję swoich wydatków i tylko jakimś bożym cudem niczego mi jak na razie nie brak. A jednak wypominam sobie wydane pieniądze zamiast niegodny cel na jaki je wydałem.  A czy jeżeli narkotyki byłyby za darmo to czy wówczas codzienne ćpanie byłoby bardziej ok. ?   
Teraz kawa i ruszam na wyprawę, czas rozejrzeć się po okolicy. Okolica zachwyca można by zrymować i nie skłamało by się. Janosikowałem więc po okolicznych wzgórzach przez parę godzin. Wioska Garvalt samotna wśród pól i wzgórz jak perełka w muszki. Ale jaki wstyd Polakowi bo zadbana, tonąca w kwiatach i czysta. Bez pubu za to z placem zabaw i świetlicą, w której lokalni spotykają się by grać w szachy i ping-ponga. Mają też klub tresury zwierząt, gdzie to u nas pytam ? Dopiero na najwyższym wzgórzu  T-mobile złapał zasięg. Oczywiście jak tylko to się stało zadzwoniła mama. Takich przypadków miałem już z nią setki i to nie znaczy wcale, że wydzwaniała przez cały dzień, po prostu zadzwoniła kiedy byłem osiągalny – proste. I już nawet się temu nie dziwuję. Duchowa pępowina, której ani bym chciał, ani potrafił zerwać. Może dlatego nie stać mnie w życiu na niezależność ? Na pewno, już to przecież przerabiałem na licznych terapiach, banał i co ? I nic. Ulice są mokre bo ciągle pada. Acha.
Rozmowa z mnichami - brat Patryk i ojciec Rajmund.  Rozmowa przyjemna choć daleka od objawienia, czy choćby jego obietnicy. Są starzy i radośni, pełni spokojnej pewności własnego zbawienia i nic nie wskazuje na to by mieli się jeszcze potknąć na krótkiej drodze, która została im do przejścia, zbłądzić czy zniweczyć cokolwiek z owej pogody ducha, która sobie wypracowali. To jest przecież bardzo wiele, ale od razu czuć że nie na sprzedaż. Obracam więc w dłoniach to maleństwo z podziwem i poczuciem oddalenia, nawet gdybym mógł to kupić przecież nie wiedziałbym co z tym zrobić. Żyją sobie mnisi w Nunraw Abbey, modlą się, pracują , a świet jest z pewnością lepszy dzięki ich na nim obecności. Acha. Zwraca też uwagę fakt, że wszyscy oni są już bardzo starzy jest między nami przepaść co najmniej dwóch pokoleń, a już pokolenie moich rodziców nie wiedziało najwyraźniej co zrobić z tym co oni tam mają. Świat się zmienia i dni Nunraw są już policzone tak jak tysięcy innych klasztorów zamykanych masowo w ostatnich latach z powodu braku powołań. To nasuwa myśl, że powołań nie było nigdy, ale kiedyś droga mnicha wydawała się możliwym sposobem na życie. Dziś już nie. Ten Statek już odpłynął i nawet gdybym chciał się przyłączyć zrobił bym krok w próżnię.
Kolacja. Jane, pewna Szkotka, też już nie młoda zgodziła się z moim spostrzeżeniem wyrażając obawę, że są to ostatnie lata dla tego klasztoru jak i wielu innych. Patrzy na mnie spojrzeniem pt „A pan ? Może pan miałby ochotę zostać mnichem”. Nie mówię jej oczywiście nic z tego co powyżej mam lepszą odpowiedź „Niestety, dzieci jestem za nie odpowiedzialny rozumie pani” wzdycham z żalem i powagą.   ….Błażej…
Tymczasem zaprzyjaźniłem się z Jimem, niesamowita osobowość ok siedemdziesięcioletni już Szkot, ale z młodą, dwudziestoparoletnią córką. Bardzo oczytany i z ogromną wiedzą również na tematy Polskie. Pożyczyłem od niego tomik Gerarda Hopkinsa. Wziąłem go do pokoju i srodze się rozczarowałem gdy już po pierwszym zerknięciu zrozumiałem, że rzecz jest dla mnie nie do przegryzienia. Stara Angielszczyzna, wyszukana słowotwórcza forma i specyficzny styl. Nie mam to swojego Collinsa, zresztą nawet z nim byłaby to droga przez mękę bez wielkich szans na pełne zrozumienie czegokolwiek. No nic, potrzymam trochę, a potem oddam udając zachwyt, co zrobić ?
Wieści z Lochgelly bardzo nieprzyjemne, nie chce mi się strzępić długopisu, ale moi miejscowi znajomi są nie mniej skurwiali niż najgorsi Chełmżyńscy żule. Sposób w jaki ci ludzi odpłacają mi za uprzejmość i hojność wprawia mnie w osłupienie. Spodziewałem się wszelkiegoznam przecież tzw. „życie” uff jak nienawidzę tego określenia, którym ludzie płytcy i gruboskórni kwitują wszelkie, a zwłaszcza własne, kurestwo i podłość. Nie będę tego opisywał, grunt, że sam byłem uczciwy jednak już postanowiłem – żadnych kolegów w Lochgelly. Za próg obszczypłotów nie wpuszczę. Tymczasem jestem tu, a nie tam co jest zapewne przyczyną dlaczego tam się wyrabia, wiadomo jak kota nie ma to myszy harcują nie powinienem się jednak teraz takim badziewiem przejmować, mam tylko parę dni tutaj i powinienem maxymalnie je wykorzystać… Nie no muszę o tym napisać inaczej mi nie przejdzie. Trzy dziewoje zwykły przychodzić do mnie powołując się na starą przyjaźń jeszcze z czasów bezdomnych. Żarły moje słodycze, paliły mój hasz i piły mojego cidra. Co drugie słowo mówiły, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi choć przecież bym nie skąpił nawet gdybyśmy nie byli co było faktem w moim odczuciu bo w przeciwieństwie do nich słowo przyjaciel jeszcze coś dla mnie znaczy. Któregoś razu płakały, że są głodne i że do wtorku nie dostaną pieniędzy, był piątek. Wcześniej pożyczyłem już im pięć funtów, których nie oddały, więc nauczony tym doświadczeniem, wciąż jednak jakże naiwny zaproponowałem im pożyczkę poprosiłem jednak o jakiś zastaw. Były wniebowdzięczne. Dostałem złoty pierścionek choć na oko nie wart 50 F to pożyczki to powiedziałem sobie, że nie ma to przecież większego znaczenia skoro one wydają się wierzyć, że jest wart znacznie więcej. Nie chodziło mi przecież o zastaw tylko o zwrot pożyczki zadowoliłem się więc efektem psychologicznym. Parę dni później matka jednej z nich sprzedała mi telefon. Ta matka to stara labradziara i ćpunka, ale na kolanach mnie błagała o tę przysługę. Później zaś rozpuściła plotkę jakobym był u nich w domu i ukradł telefon i pierścionek. Nie wiem na ile dziewoje były w to zaangażowane, a na ile to sprawa ich matki, którą osobiście zatłukłbym jakąś pałką w ciemnym kącie jeślibym tylko miał  pewność, że nie pójdę za to siedzieć, przed Bogiem bowiem jeśli ma odrobinę zdrowego rozsądku byłbym w pełni rozgrzeszony. Faktem jest, że tuż przed wyjazdem miałem starcie ze Szkockimi żulami, którzy żądali zwrotu pierścionka w imieniu „poszkodowanej” pognałem ich jednak precz co po Chełmżyńskich przejściach nie było zbyt trudne. Przedsiębiorcze dziewczęta nie dały jednak za wygraną i teraz straszą policją, nie mnie znaczy, ale wiedziały, że wyjeżdżam zaatakowały więc tatę. Śmią więc przyjść do mojego domu i łgać mojemu ojcu w oczy, że zostały przeze mnie okradzione. On wie, że one kłamią, one wiedzą, że on wie jednak to wcale nie peszy starej skurwionej ćpunki, która blaguje w najlepsze. Najgorsze, że policja tego nie wie i w razie gdyby zeznawały zgodnie byłbym w poważnych tarapatach. Dlatego, że próbowałem pomóc tym śmieciom. Panie dodaj mi pogody ducha. No nic jak mówiłem nie po to tu przybyłem, żeby o tym rozmyślać, wyrzygałem i kropka jak wrócę to policzę się z nimi w ten czy inny sposób. Ale pomyśleć tylko co za syf, bagno, głupota i  gnuśność. Lochgelly i moje nędzne w nim życie. Jak dobrze, że wyjechałem, chociaż na chwilę.      
Za oknem zachodzi słońce, niebo bez jednej chmurki, tylko ślad odrzutowca zarzucił białą wstęgę rozprutego błękitu, takiego nieba nie widziałem jeszcze w tym kraju.
Chwila byłaby doskonała gdyby nie wielkie tłuste muszysko, które wpadło do pokoju niczym bombowiec nurkujący i teraz buczy na cały regulator obijając się po ścianach jak pijany Kubica.
Sufit jest wysoko, a mucha naprawdę szybka i niezmordowana wiedziałem że nie mam szans jej dopaść otworzyłem więc drzwi i wyleciała na korytarz zadręczać innych.
Cisza. Mój pokój – zielona klasztorna cela wygląda magicznie w świetle zachodu, piszę. Chciałeś chwili doskonałej – oto ona.  A teraz czas zejść do ludzi do biblioteki na dole gdzie czeka piękna Mery Clair, która studiuje aktorstwo, ma świetne podejście do dzieci i …potrafi grać w szachy !
                No i oczywiście chciała grać i co ja zrobiłem – rzeź niewiniątek. Czy nie mógłbym choć raz poudawać ? Zresztą pewnie i tak nie miałbym u niej szans ? No i dlaczego tak pomyślałem ? Dlaczego nie wierzę w siebie ? Kiedy to zatraciłem ? i inne pytanie, lepsze, czy to kiedykolwiek miałem ? A może moja wielka pewność siebie i swada z dawnych dni były efektem kompleksu wtórnego ? Może jednak do wyjaśnienia tej zagadki wystarczy podręcznik pani z pośredniaka, który jasno mówi – „lata alkoholizmu i spowodowanego nim bezrobocia degradują jednostkę w sensie moralnym i osobowym.” Niezłe. Skąd jednak te lata się wzięły dlaczego tak ? Ustalmy to raz na zawsze : Byłem dzieckiem kochanym, miałem wielu przyjaciół, miałem dziewczyny, które mnie kochały wręcz samobójczo, nie byłem molestowany. Co więc poszło nie tak i dlaczego ? Dlaczego przyjaźnię się ze śmieciami, które nie potrafią czytać i pisać za to świetnie znają się na numerach opisanych powyżej ? W którym momencie w mojej podświadomości wkodowała się informacja, że zaćpany żul i złodziej to odpowiednie towarzystwo dla mnie ? No jest kilka pytań nad, którymi warto by pomedytować.
                To była ciężka długa i nużąca medytacja a oto wnioski… wiecie co daruję wam może wnioski, bo czytając je ponownie miałem to nieprzyjemne uczucie, które mam kiedy na ciężkim kacu przeglądam swoje pijane zapiski z poprzedniego dnia i postanawiam solennie od tej pory chować nie tylko klucze, kartę kredytową i telefon ale także długopis kiedy sięgam po butelkę.

08.08.12

                   No i dopiero teraz mam czas i siły, żeby popisać trochę, a jest już za dziesięć trzeciapo południu drugiego dnia. Cóż moja towarzyska natura wzięła górę. Niekończące się konwersacje i nawiązywane przyjaźnie wciągnęły mnie dzisiaj tak mocno, że nie miałem nawet czasu pomedytować.  No ale wreszcie się dorwałem do długopisu więc do dzieła. Zacznijmy może od samego rana. Obudziłem się pięć minut przed poranną mszą. Ubrałem się więc szybko i zbiegłem na dół do kaplicy gdzie już wszyscy zdążyli się zebrać. Mszę prowadził zakonnik tak osobliwy, że nie uwierzyłbym w jego istnienie gdybym nie widział go na własne oczy. Skoro przy oczach to może zacznijmy od nich : były blado niebieskie i wielce wyłupiaste idealnie wypukło okrągłe rosnące wciąż w ciągu mszy. Oczy te wpatrywały się w nas intensywnie z długiej zwierzęcej twarzy uwieńczonej bródką, której nie powstydziłby się Koziołek  Matołek. Już to by wystarczyło ale kiedy otworzył buzię stwierdziłem, że to już przesada. O nie mówił on beczał. To unosił głos to spadał w dół wibrując  i niespodziewanie  przerywając w pół słowa by potem znów poszybować gdzieś na wysokie rejestry jodłując porywiście. Rozdziawiał przy tym szeroko paszczę z wielkimi wystającymi zębami roślinożercy.  Nie mam pojęcia o czym było kazanie  i proszę nie wiń mnie za to.  Ciekawe jak ludzie w takich sytuacjach twardo udają, że nie dzieje się nic niezwykłego. Sztuka aktorska Zbyszka Cybulskiego to nic przy tym czego my wszyscy dokonujemy kiedy przyjdzie do zbiorowego udawania, że nie dzieje się nic niezwykłego. Kiedyś widziałem taką sztukę… wiem, że było coś podobnego dlaczego nie pamiętam ? Jeśli to czytasz i skojarzyłeś daj mi znać to uzupełnię tekst w tym miejscu. Później już przy śniadaniu ów szczególny mnich przysiadł się do naszego stolika gdzie siedzieliśmy w składzie Agnes, Jane, Jim, ja i Helen – emigrantka z Korei Płd. , która opowiadała o sytuacji ekonomicznej i politycznej swojego rodzimego kraju. Konwersacja więc potoczyła się o podróżach i obcych kontynentach w którym to temacie  tajemniczy mnich miał wiele do powiedzenia. Bo jeszcze w czasie wojny, jako nowicjusz podróżował po Afryce, był również w Singapurze i na innych dalekich wyspach. O dziwo mówił zupełnie normalnie, potrafił !  Beczenie było więc raczej swoistym wyrazem  admiracji dla Stwórcy ! Nie zaś efektem starczego zdziecinnienia czy pomieszania zmysłów jak początkowo myślałem.  Niesamowite.  Później Koreanka opowiadała o Ameryce, w której aktualnie mieszka i za której od jakiegoś czasu już nawet nie kontrowersyjną politykę zagraniczną czuje się moralnie odpowiedzialna. To pięknie z jej strony i ucieszyłbym się tchnięty nadzieją na jakieś pozytywne zmiany w imperium gdyby nie dodała, że demokracja Amerykańska to czysta fikcja, w której obywatel nie ma nawet możliwości wybrać kandydata na którego chce głosować bo jest systemowo przypisany do określonej partii i zmiana preferencji równałaby się unieważnieniu głosu. To muszę przyznać coś nowego dla mnie i z pewnością nie dałbym temu wiary gdyby nie powiedziała mi o tym trzeźwa, wyraźnie bardzo inteligentna i świetnie zorientowana we wszystkim w czym mogłem ją sprawdzić, obywatelka tego dziwnego kraju.  Ja ze swojej strony opowiadałem o Polsce bo o czym innym miałbym mówić ? Po śniadaniu załapałem się na wyprawę do miasta Haggington z albinosem Dunkanem, jego uroczą żoną Miną oraz ich niesamowicie wprost piękną córką Anną i też bardzo ładną choć w innym stylu przyjaciółką Anny Marią. Anna to typ modelki z okładek najbardziej exkluzywnych magazynów mody. Posągowo piękna powiedziałbym, zaś Marry o okrągłej twarzy z dołeczkami w burzliwej koronie kruczoczarnych  włosów była piękna w sposób bardziej zmysłowy i ponętny. Obie zresztą nimfy nie z mojego jeziora bo niespełna szesnastoletnie przy tym wybitnie przynajmniej na oko nie zdemoralizowane.  
Do tej wyprawy doszło szczęśliwym trafem dzięki komuniście, który przybył wczoraj i natychmiast zraził do siebie kogo się dało, kiedy więc rano zapytał Dunkana czy może z nimi jechać Ann wyraziła veto i Dunkan powiedział mu, że nie mają wolnych miejsc. Dzięki temu ja się załapałem nie mając może tyle refleksu co komunista jednak równocześnie chyba bardziej dający się lubić, czy może bardziej empatyczny co na jedno wychodzi. Dlaczego tak mówię ?  Bo wyżej wspomniany zalazł mi również za skórę już pierwszego dnia znajomości. Wracaliśmy z Jimem z klasztornej mszy wieczornej skrótem przez las pogrążeni w rozmowie o poezji Lao Tzu, kiedy komunista wkręcił się na trzeciego i zrujnował cały klimat bełkocząc w szkockiej gwarze pełnej skrótów i slangów, z których jedyne co mogłem wyraźnie zrozumieć to wyznanie jego przynależności ideologicznej skąd też ksywa, która później zresztą przyjęła się całkiem powszechnie. To bełkotanie było umyślne i bezczelne śmiem twierdzić, ponieważ wiedział, że jestem Polakiem i musiał też wiedzieć jak mówić żeby obcokrajowiec usłyszał wyłącznie bełkot. Jak się zresztą później okazało potrafił mówić zupełnie zrozumiale kiedy czegoś chciał.  Samo już wyznanie, że jest się komunistą w obecności Polaka to prowokacja, to tak jakby się Żydowi chwalić uwielbieniem dla Hitlera i to też mnie zdenerwowało choć teraz myślę, że to ostatnie nie było już zamierzone, a wynikało raczej z naturalnego braku empatii oraz ciężkiej ignorancji w sprawach historii.   Komunistę zresztą zostawmy z tyłu na razie tymczasem pojechałem z Dunkanem i rodzinką ich pięknym samochodem, nie pytaj jaki bi ci powiem, że był czarny i przestronny nie wymagaj więcej bo choć przyznaję, że jest w tym coś substancjonalnie niemęskiego nigdy jednak nie nauczyłem się rozpoznawać marek samochodów ani w ogóle nie nabrałem nawyku zwracania na to uwagi. Chyba, że jest to mercedes, ale każdy zwraca uwagę na swoje marzenia w realu, no nie ?  Tymczasem  pojechaliśmy w wymienionym składzie plus dwa pieski kanapowe, zktórych jeden natychmiast wpakował mi się na kolana wycierając dupę w mój sweter. Słońce świeciło jasno, było lato i nikt nie szedł jutro do pracy – ideał. Wyprawa bardzo udana choć dla mnie dość niezwykła o czym później. Haddington składa się generalnie z dwóch zabytkowych ulic i jakichś przyległych osiedli domeczkowych. Pod tym względem do złudzenia przypomina St. Andrews gdzie mieszkałem przez jakiś czas zeszłego lata. Na samym początku odwiedziliśmy charity shop. To taki sklep, w którym sprzedaje się rzeczy z drugiej ręki, ale nie tylko ciuchy jak w Polsce, ale wszystko : książki, kubki, porcelanę i szkło płyty, vinyle, gry planszowe i wszelkie inne badziewie.  Największą zaletą tych sklepów jest oczywiście fakt, że wszystko jest tam bardzo tanie.  Miałem jeszcze dychę więc zaszalałem. Kupiłem sobie Thomasa Bergera „Powrót Małego Wielkiego Człowieka” . Wprost nie mogłem uwierzyć własnym oczom kiedy zobaczyłem to na półce jakimś cudem nie miałem pojęcia o istnieniu sikwela do jednej z najważniejszych książek mojego życia. Kupiłbym to nawet za całą ostatnią dychę jakby trzeba było.  Jednak nie trzeba było wziąłem więc sobie jeszcze słownik synonimów Thesaurusa i śmieszną świeczkę w kieliszku z wtopioną różą i już miałem wychodzić kiedy ją zobaczyłem. Jest z miękkiej, czarnej skóry, jest elegancka, ciepła i męska, akurat na mnie. Cena 5 Funtów. Dziewczyny mówią, że wyglądam w niej extra i w ogóle sprawiam wrażenie gościa, który ma w swoim posiadaniu co najmniej kilka porządnych skórzanych kurtek, cóż nie zależało mi szczególnie na wyprowadzaniu ich z błędu powiedziałem więc, że ta ma szczególny krój jakiego nie ma jeszcze w mojej kolekcji i wziąwszy kurtkę pomaszerowałem do kasy.   Położyłem to wszystko na ladzie, a dwóch gapowatych, długowłosych expedientów skasowało książki i świeczki i cztery pięćdziesiąt mówią. Cóż, wyznam, że zawahałem się zaledwie przez ułamek sekundy po czym zapłaciłem, capnąłem kurtkę jak swoją   i wyszedłem ze sklepu. Zaważył może fakt, że Bank of Scotland spłatał mi ostatnio brzydkiego psikusa i moje pieniądze wiszą gdzieś w przestrzeni wirtualnej nie dostępne dla mnie, ani dla nikogo w ogóle. To jednak oczywiście usprawiedliwienie się po fakcie i bezwstydne szukanie wymówek dla własnych postępków darujmy sobie więc może już w tym punkcie. Może nawet ta obłuda uszłaby jeszcze na mój prywatny użytek gdyby nie dalszy, bardziej niepokojący ciąg tej historii, którzy karze mi spojrzeć z zupełnie innej perspektywy na pytanie kim jestem i możliwych na nie odpowiedzi. Kiedy wróciliśmy do klasztoru wyjąłem kurtkę z bagażnika i jeszcze raz spojrzałem na metkę zanim ją urwałem. 24.99 stało jak byk, wołami ! Dlaczego przedtem w tym miejscu widziałem 5 ?  Stałem przez chwilę na klasztornym dziedzińcu wpatrując się uporczywie w owe 24.99 jakbym się spodziewał, że zaraz przemieni się w 5 i będę mógł odetchnąć z ulgą winiąc za wszystko Bank of Scotland, aż ktoś trącił mnie w ramię pytając czy wszystko w porządku. „Nie wiem” powiedziałem, a oto jak było naprawdę. : Tak bardzo pragnąłem tej kurtki, że uległem swego rodzaju autohipnozie. Zasugerowałem więc sam sobie cenę na jaką mnie stać. Na tym etapie chodziło tylko o to aby doprowadzić mnie z nią do kasy. Następnie położyłem ją na ladzie, ale trochę obok, metką w dół, w sposób, który sugerował, że to moja własność co wystarczyło żeby zmylić gapowatych sprzedawców. Dalej wodze przejmuje już moje świadome ja, które musi już tylko przekonać sumienie, że pięć funtów to nie grzech i wyjść ze sklepu plotąc już sieć andronów o złych bankach, w którą złapią się wszelkie późniejsze wyrzuty moralne.  Nie wiem co powiedzieć i czuję się  jak Jonny Depp w filmie „Ukryte Okno” z tą tylko różnicą, że ja namierzyłem „tego drugiego” zanim jakakolwiek przypadkowa ofiara pokazała światu co tak naprawdę ma w głowie. Ja to ktoś inny. Wojaczek ? Nie, sam się pod tym muszę podpisać. Jak to szło ?
Nie wiem kto, ale wiem, że jest ktoś kto zawładnął moim , życiem, śmiercią, tą kartką….
A więc jednak schizofrenia… a może to normalne ? Normalne ? Nie zależnie od odpowiedzi dawno nie ukradłem czegoś tak drogiego, siedziałem za mniejsze rzeczy i ogólnie potem jakiś czas byłem grzeczny aż tu nagle pośród medytacji i klasztornych modłów robię skok roku i to na sklep dobroczynny… Fuck Sake ! Czarna, skurzana kurtka przycupnęła koło mnie na ławce jak wielki czarny kruk
– Kres I krach. 
- Kres i krach. 
                Cała wyprawa okazałą się zresztą wielkim towarzyskim sukcesem.  Dunkan jest wykładowcą literatury, jego urocza żona Mina skończyła Filologię Angielską, dzieczęta może nie jeszcze tak wykształcone, ale bez wątpienia bardzo inteligentne gotowe zawsze wtrącić jakąś błyskotliwą uwagę lub zadać właściwe pytanie z doskonałym wyczuciem czasu. Kiedy więc już bezpiecznie przebrnęliśmy przez tematy Polsko Szkockie okazało się, że naprawdę mamy o czym rozmawiać. Dunkan od ośmiu lat pracuje nad własnym scenariuszem, a więc i Bułhakow, który przeszedł do historii z rekordowym czasem pracy nad swoim największym dziełem i pisanie w ogóle, mitologia a więc i Ulisses Jamesa Joysa, Parandowski, Eliot, Stead i inni goście, których nazwisk brzmienie pieści ucho kulturalnego człowieka. Na niezręczne pauzy nie było miejsca, ale też każdy mieścił się w swoim czasie, żeby reszcie dać dojść do głosu. Perfekcja.  Dunkan jest już drugą inteligentną osobą, której udało mi się wyperswadować wiarę w kompetencje maszyn do sprawowania władzy. W obliczu nadchodzącej wielkimi krokami ery dominacji maszyn nad ludźmi temat jest ostatnio modny. Wielu skłania się ku twierdzeniu, że maszyny mają większe kompetencje do rządzenia światem niż ludzie. To poddawanie tej ostatniej bitwy naszej rasy bez walki budzi moje głębokie oburzenie i poczucie zdrady. Pogląd jest przy tym stosunkowo łatwy do obalenia więc aż dziw bierze, że jak wielu inteligentnych ludzi w tym wielu bardzo bogatych, a także ludzi władzy tak uważa.  To rodzaj współczesnego komunizmu jednak szukanie utopii w opiekuńczych objęciach superkomputerów może w ciągu kolejnych dwudziestu lat stać się ostatnią iluzją ludzkości. Obrońcy tej dziwnej komputerowej wiary stawiają zapory ogniowe, których główną siłą jest punktowanie wad ludzkich takich jak egoizm, prywata, niekompetencja, nepotyzm etc. Za tą palisadą ludzkich słabości Dunkan przetrwał moją pierwszą szarżę i po tym jak przywołanie ściśle matematycznej polityki gospodarczej III Rzeszy nie przyniosło skutku odpuściłem chwilowo bynajmniej jednak nie zapominając o sprawie, przyczaiłem się tylko czekając na sposobność. Takowa nadarzyła się kiedy siedzieliśmy w kawiarni w Haggington i omawialiśmy moje aktualne kłopoty z Bank of Scotland.
„To wszystko dlatego, że teraz nie decydują tam ludzie jak kiedyś, ale system i maszyny.”  Stwierdził Dunkan co było oczywistym podsumowaniem tego wątku. Teraz wystarczyło już tylko przywołać pozornie zapomnianą dyskusję i serdecznie podziękować za ten przejaw zdrowego rozsądku. Dunkanowi oręż wypadł z dłoni, kiedy zrozumiał, że godzi nim w samego siebie i razem z nami śmiał się z tej swojej drobnej porażki. To było bardzo odświerzające bo otworzyło drogę do rozmów o humanizmie i wartości człowieka jako jednostki, a więc i do całego bezcennego antyku. 
                Wróciliśmy akurat na lunch tu znowu intensywna konwersacja z Jimem, tym który pożyczył mi tomik poezji Gerarda Hopkinsa. A więc o Hopkinsie, poezji Wojtyły i poezji w ogóle. Ze zdumieniem dowiedziałem się, że teatr w Edynburgu gra sztuki naszego papieża. Ciekawe czemu w rzekomo tak uwielbiającej go Polsce nie da się tego znaleźć ? Potem trudna przeszłość Poczdam i Jałta, za którą wyrok historii stał… Nie muszę chyba mówić, że po lunchu byłem tak wycieńczony tym bezustannym mieleniem ozorem i słuchaniem mądrych wypowiedzi, że wpełzłem gdzie przeleżałem prawie dwie godziny w letargicznym pół śnie. 
                Obudziłem się około trzeciej i zabrałem za zaległości w pisaniu. Odwiedziłem też przyklasztorny sklepik w poszukiwaniu kawy. Kawy nie było, ale pani ze sklepiku odsypała mi pół słoika z własnych zapasów. Takie rzeczy tylko w Nunraw. Kupiłem za to porządny fajnie pstrykający długopis, którym teraz piszę za funta i medalik z matką boską za dziesięć p. Siedzę teraz na ławce i piszę a Mina i jej córka karmią mnie malinami. Jakoś nie martwi mnie fakt, że jestem spłukany. 
                Kolacja i nieuniknione pytanie – jak długo planuję zostać. Zacząłem coś kręcić o piątku zerkając nie wiedzieć czemu na zegarek. Dowiedziałem się, że mój pokój jest potrzebny właśnie w piątek. Pozostają mi więc tylko dwie opcje kupić namiot, albo wracać do domu. Jeszcze pomyślimy, tymczasem wyprawa.
                To była wyprawa co się zowie. Trzy godziny wędrówki przez knieje, aż dziw czego potrafię dokonać kiedy jest pogoda. Łąki, pola, wspinanie się na wzgórza z ogniem w nogach i oczach, ale niesamowitym spokojem w głowie. Dawny problemowy, zakłamany, chorujący na depresję ja został daleko w tyle. Jaźń społeczna – Błażej cywilizowany wyłączył się i roztopił będąc z natury swojej tylko iluzją świadomości, został ten drugi i Chryste on jest boski kiedy da się poznać. Pieprzony Nietzche’ański nadczłowiek.  O mało jednak nie spieprzyłbym całej wyprawy prosząc Mary Clair, która coraz bardziej mi się podoba, żeby poszła ze mną. Mary spała akurat na kanapie w salonie więc ją obudziłem, w jej zaspanych oczach można było wyczytać wszystko oprócz ochoty na wędrówkę po kniejach. Dałem więc jej spać, a słońce, wiatr, zapachy kwiatów, ziół, drzew, zwierząt i łąk , całą ta magia zapachów, która jest esencją późnego lata szybko wywiała mi z głowy o niej i w ogóle o wszystkim co łączy mnie jakkolwiek z kimkolwiek na tym łez padole zostawiając pole dla jaźni tak czystej i wolnej jak to tylko możliwe. 
Trasa, którą wybrałem była zresztą wybitnie nie dla dziewczyn. Coś dla Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy raczej. Trzy i pół godziny, ale wyznaczonego celu nie udało się osiągnąć, raz dlatego , że zmyliłem drogę, zrobiłem wielkie kółko i znalazłem się w punkcie wyjścia. To może brzmieć śmiesznie i w sumie jest, ale przekroczyłem strumień w taki sposób, że wyszedłem z tej samej strony, z której wszedłem.  Przeszedłem więc jeszcze raz. Strumień znajduje się na dnie głębokiego wąwozu, którego ściany wznoszą się niemal pionowo więc nie jest to takie hop siup. Później wyszedłem na łąki i prawie zderzyłem się z sarną i zającem, które zupełnie nie spodziewały się mnie z kierunku, z którego przyszedłem.  Wspiąłem się na następne wzgórze, które w moim przekonaniu było moją górą przeznaczenia, tylko po to żeby się dowiedzieć, że jest ona jeszcze o kilka mil do przodu. Słońce już zachodziło i jeśli nie chciałem nocować w lesie to musiałem wracać do klasztoru. Nie mówię żeby perspektywa spania w lesie była mi szczególnie straszna jednak po co to robić jeśli ma się wygodne łóżko do dyspozycji, zresztą patrzę na łąki, pola lasy i wzgórza z dziwnym uczuciem przynależności, które mówi mi, że jeszcze nie jedną noc tak spędzę, ale wtedy nie będzie już ani pokoju, ani pokoju. Tymczasem jednak okrążyłem znowu polami i spotykając po drodze trzy konie i stado owiec. Jeden z koni, czarny ogier dał się pogłaskać i przytulić. Kusiło mnie żeby wskoczyć na niego sposobem znanym od ojca i pojeździć na oklep. Poniechałem jednak bo byłoby to karygodne nadużycie zaufania na pierwszej randce.  Poszedłem więc i znów stoczyłem na dno wąwozu i przekroczyłem strumień szczęśliwie w takim miejscu, że wynurzyłem się z dziczy na klasztornym podwórku. To ostatnie podejście było naprawdę trudne wyszedłem więc brudny, zabłocony, przepocony i szczęśliwy. Potem padłem na najbliższą ławkę i odpoczywałem chwilę przeglądając slajdy wspomnień pod przymkniętymi oczami. Dlaczego nie mam aparatu ? Myślę teraz. Taka mała rzecz, na wyposażeniu każdego niemal telefonu, a ja nie ma, dlaczego ? Mam za to zeszyt i pamiątkowy długopis, który świetnie pstryka i jeszcze lepiej pisze, zwłaszcza we właściwej dłoni. Zaczaruję więc wszystko co widzę zaklinając dziesięć tysięcy rzeczy trzydziestoma dwoma literami polskiego alfabetu i nigdy mi nie uciekną. Najadłem się i nasyciłem latem. Chłonąłem je oddechem, oczami, uszami i wszystkimi porami skóry , ale przede wszystkim nosem. To zapach jest kluczem do świata przyrody. Wszystko co żyje opowiada o sobie swoim zapachem. Dlatego jest on kluczowym zmysłem dla zwierząt zamiast wzroku jak u ludzi. Może właśnie to upośledzenie najważniejszego ze zmysłów umożliwiło nam stworzenie cywilizacji i zamknięcie się w cuchnących miastach, gdzie odseparowani od wszystkiego co żyje i czuje szkłem i betonem, nie mniej oddzieleni od siebie nawzajem niż od reszty żyjącego świata, oddzieleni nawet od siebie w sobie bez własnego centrum, odseparowani, zdecentralizowani i zatomizowani żyjemy sobie jak szczury w akwarium.   
                Kiedy odpoczywałem nadeszła stareńka Angielka w towarzystwie brodatego młodzieńca z Włoch. Angielka paplała o wszystkim, a Włoch przytakiwał jej nieodmiennie zachwycony, nawet gdy opowiadała o pogrzebie w rodzinnej wsi pod Londynem, na którym to dowiedziała się kto z kim się ożenił i z jakiej klasy, a kto za kogo za mąż. Dostrzegłem coś w rodzaju zeszytu A4 pod jego pachą, a nie chcąc pozwolić Angielce zagłębić się w detale kolejnych ślubów i pogrzebów zapytałem czy jest malarzem czy pisarzem. Kula w płot. Gość miał tam jakieś włoskie modlitwy, które tłumaczył na Angielski. „Wolontariat” podkreślił kilka razy zerkając nieśmiało na staruszkę zapewne w oczekiwaniu pochwały, której się jednak nie doczekał bo bies we mnie wstąpił i powiedziałem, że wszyscy niebawem będą wolontariuszami w Italii, która właśnie wesoło bankrutuje.  To ubawiło Angielkę i speszyło z natury peszliwego Włocha.  Był akurat czas na wieczorną herbatę i ciastka, spotkanie które z reguły kończy życie towarzyskie w Nunraw weszliśmy więc do środka. Pobiegłem najpierw szybko na górę szybko się umyć i oczyścić. Jak na to co wyprawiałem byłem wyjątkowo w jednym kawałku, straciłem tylko paznokieć małego palca u prawej nogi – a więc to to bolało ! Pewnie jak szedłem strumieniem pochylając się pod wiszącymi nisko konarami drzew i zwalonymi pniami, fajnie.
                Poszedłem więc na tą herbatę. W salonie towarzystwo tradycyjnie rozbite na grupki i parki. Mary Clair gra z małym Jackiem w szachy. Dosiadłem się oczywiście od razu opowiadając o swoich przygodach ubarwiając conieco swoje spotkania ze zwierzętami i podkreślając co chwila „dobrze, że nie poszłaś, nie dałabyś rady” niech ma dziewucha. Ona czuje się cudownie niezależną artystką i aktorką, która nie odnosi nawet talerzyka ze stołu taka jest cudowna, niech wie że niekoniecznie. Tak do końca mi to jednak nie wyszło bo była zabawa wokół małego Jacka i jego nauki gry w szachy. Konfiguracja dwójka dorosłych i dziecko tworzy naturalny podtekst, który mnie skusił i był mi bardzo na rękę. Udało mi się więc usiąść bliziutko u jej stóp i nawet wymienić kilka spojrzeń, które nazwałbym znaczącymi gdyby nie fakt, że lata postu nauczyły mnie niczego sobie nie obiecywać, w żadnym wypadku na nic nie liczyć i ogólnie trzymać się twardo okopów pesymizmu obronnego.  Mary Clair zmyła się w końcu, a ja nauczyłem Jacka grać w pstrykanego. Był zachwycony. Jak każde dziecko pokochał tą grę od pierwszego pstryknięcia.. Sam się zresztą dobrze bawiłem folgując swojemu a-wychowawczemu podejściu do dzieci. Dzieci spotykają moje wewnętrzne dziecko. Dorosły zostaje z boku ale pod ręką. Bardzo użyteczny posiadający wszystkie klucze, siłę wiedzę i uprawnienia osoby dorosłej. Super użyteczne narzędzie dla dwójki dzieci, które chcą po prostu robić co im się podoba.
                Na ostatnim szlugu Komunista powiedział mi, że pięciodniowy maximum pobyt jest tutaj zasadą. Rzecz zrozumiała w sumie bo każdy zostałby przez rok i miejsce by się zaczopowało. Gorzej, że można tu przyjechać tylko trzy razy w roku z minimum trzymiesięczną przerwą między pobytami. Jednak informacje tę należy sprawdzić bo Komunista jest fantastą, który często gada od rzeczy. No nic czas spać, może jeszcze pomedytuję, nie wiem.
                Wziąłem jeszcze prysznic upragniony. Wprawdzie pakując się nie pomyślałem o zaopatrzeniu się w mydło na tygodniową wyprawę nie wiadomo dokąd nie mówiąc już o ręczniku. Ale małpa nie ciele od czego mydło w umywalce. Kubeczek nawet stał usłużnie na półeczce. Psik Psik… po około czterech marnych psikach mydło skończyło się więc szust do drugiej łazienki, tu już pod dostatkiem różowych pachnideł. O mało mnie na tej akcji nie przyłapano, bo w ferworze zapomniałem zamknąć drzwi od łazienki. Błażej. Prysznic jednak super. Powąchałem koszulkę. Pachnie liśćmi, końmi, trawą i świeżym potem, pachnie zabójczo. Aż mi szkoda wrzucać ją do brudów. Cóż zrobić, ale musiałem ten zapach uwiecznić na papierze chociaż. Teraz koszulka z Cze, założę się, że wzbudzi sensację, a już Komunista na pewno ją skomentuje. Ale to już jutro.
                Noc ciężka, nie mogłem zasnąć bo zapomniałem zjeść tabletki, przypomniałem sobie więc i szybko zjadłem, ale ona potrzebuje godz. dwie żeby zadziałać. Przez ten czas dobrze znana męka i wirowanie jak śrubokręt w zmiętej, zmątlonej pościeli. Obudziłem się o szóstej przepocony i zmarznięty.       
wypaliłem pół fajki i wróciłem do łóżka. Spałem do porannej mszy. Śniła mi się bezdomność, ale ten bezdomny, który mi się śnił udawał. W rzeczywistości był przebranym agentem, który obserwował mafiozę mieszkającego w willi naprzeciwko jego żebraczej miejscówki. Pamiętam też, że jechałem autobusem. Pamiętam trudną sytuację finansową i konieczność znalezienia pracycdlem łatania trzeszczącego budżetu. Ten dom, do którego jechałem to był Pilon. W środku jednak zabunkrował się jakiś bezdomny, miał moje szlugi (czerwone Sobieskie) i pamiętam, że miałem do niego żal, że przetrwonił moje pieniądze. Chciałem się go pozbyć. Wysłałem więc uzbrojonego zabójcę, ale on wyszedł po chwili i powiedział, że sami powinniśmy posłuchać tego człowieka. Jest bowiem tak żałosny i biedny, że on nie ptrafi go skrzywdzić. Wszedłem więc sam… nie najpierw wysłałem tego bezdomnego-agenta  powiedziałem mu, że ten w środku ma herę i że jak już z nim skończy to będzie mógł zatrzymać towar. Jednak bezdomny z Pilona tak przekonywująco błagał o życie, że kolejny morderca nie miał serca go zabić. W końcu poszedłem więc sam i kategorycznie zażądałem zwrotu moich papierosów i natychmiastowego zniknięcia z mojego życia.. Wówczas doznałem silnego poczucia zagrożenia. Wiedziałem, że jestem w niebezpieczeństwie. Ten bezdomny sam był mordercą, a ja właśnie się odsłoniłem. Poczułem strach. Zadzwonił budzik.
                 




09.08.12

                Msza znowu ze starym kozłem, który przewleka niemiłosiernie stałe elementy. Czuję, że umieram, wszystko mnie boli i jestem niewyspany, a kozieł wyje opętany Bogiem, lub tylko w niego wiarą.  Msza, która zmieściłaby się w 20 min trwa czterdzieści pięć. Jestem głodny.  Zastanawiam się jakie jeszcze sposoby expresji swej wiary można by wymyślić, może jeszcze bardziej irytujące lub bardziej zabawne jak się jest w odpowiednim nastroju. A widziałem już tego trochę. Widziałem płaczących i tarzających się po ziemi,  murzynów wrzeszczących na całe gardło potężnymi czarnymi głosami, zapewne w przekonaniu,  że stary Bóg niedosłyszy tam daleko w górze. Widziałem mówiących językami i widziałem zmartwychwstańców po śmierci klinicznej, których każdym słowem była modlitwa przerywana potokami szczęśliwych łez.  Ale starego kozła w habicie beczącego przed ołtarzem nie widziałem dotąd nigdy, słowo daję.
                Po mszy Mina zaczepia mnie na schodach i mówi, że cudownie się jej koło mnie stało bo emanuje ze mnie energia duchowa. Zdębiałem. Być może zresztą wyemanowałem już zbyt dużo i zaczynam mieć omamy słuchowe. Albo może też być tak, że to ten drugi czuje się świetnie i emanuje sobie w najlepsze wszystkim co ma pod ręką dla mnie zostawiając wyłącznie uczucie głodu, irytacji i zmęczenia kiedy patrzę jak Kozieł bierze hostię, wkłada do paszczy i żuje długo i z mozołem niczym wiązkę starej słomy. 
                Dunkan zaprosił mnie na wyprawę z rodziną, ruszamy za pół godziny. Tymczasem „pomagam” bratu Patrykowi  skosić trawnik i czytam wiersze Marii Murthy przy pomocy Agnes, która tłumaczy mi je z Angielskiego na nasze. Maria Murthy jest uznaną szkocką poetką i mamą jednej z kręcących się dookoła dziewcząt , ale nie jestem pewien, której za dużo ich tutaj w dodatku w tym stadku jest nieustanna rotacja, ktoś wyjeżdża, ktoś przyjeżdża i jedną ładną uśmiechniętą buzię zastępuje znienacka inną przy stole więc trudno się w tym połapać . 
                Spacer okazał się katastrofą, zaraz opowiem jak to było. Ruszyliśmy wielką watahą uzupełnioną w pół drogi przez zapomnianego w tyle Komunistę, który nadbiegł zdyszany. Był Dunkan, Mina, Jim, Włoch, Komunista, Mary Clair, Mary Ann, Ann coś tam, ta dziewczyna z bobasem, jeszcze jedna młoda dziewczyna, która rzadko się odzywa, Mały Jak i ja. Nie tak sobie wprawdzie to wyobrażałem, ogólnie mam tendencję do czucia się źle dokładnie proporcjonalnie do wielkości grupy, której jestem częścią. Dlatego preferuję wyprawy samotne lub we dwoje, bo dwoje to nie grupa lecz tandem troje też przy odrobinie szczęścia może być tercetem nie grupą ale od czterech wzwyż może być już tylko gorzej.  
Początkowo utknąłem z Dunkanem i Komunistą, który rozprawiał o tym, że Stalin był wielkim człowiekiem i geniuszem, który dowiódł swojej wielkości wymyślając specjalne małe domy, w których ludzie rośli mali, nie buntowali się i generalnie dzięki temu łatwiej było niemi rządzić. Pogodziłem się już z faktem, że Komunista jest idiotą, a wziąwszy pod uwagę jego nie taki już młody mimo pozornej wesołkowatości wiek wątpliwe jest żeby ktoś miał jeszcze szansę ten stan rzeczy zmienić. Potem jednak spojrzałem na Dunkana i osłupiałem. Albinos łyknął to wszystko z poważną miną po czym powiedział :
„Jaka szkoda, że Stalin nie poświęcił swojego geniuszu dla światowego dobra i pokoju, tylko pomyślcie ile by zdziałał dobrego” . Cóż myślę, że w obliczu takich andronów należy zachować milczenie można też jednak pokusić się o krótką mowę w stylu Davida Mitchella konfrontując idealistyczne mrzonki i inne dyrdymały z brutalną rzeczywistością w sposób możliwie najbardziej brutalny. To też zrobiłem i zrównałem ich do trawy, co było błędem, bowiem z podziemi natychmiast wypełzła zmora pseudopsychologji głoszącej, że każdy nawet największy tyran i morderca może doznać duchowej przemiany i oświecenia. Ot na ten przykład był pewien tybetański król, ciągnął Dunkan,  który był bardzo okrutnym tyranem jak cały jego wojowniczy i krwiożerczy naród, jednak pewnego dnia doznał właśnie takiej duchowej przemiany i odtąd on i jego poddani stali się narodem miłującym pokój jakim pozostał Tybet do dzisiaj. Dlatego właśnie Tybet nie walczył z inwazją Chin. To ostatnie miało być argumentem nie do zbicia uwiarygadniającym przytoczoną historię faktami, które wszyscy powszechnie znamy. Trik o tyle nie przyklejalny co nie prawdziwy. Tak zwane bowiem „fakty powszechnie znane” są w tym wypadku wyłącznie owocem Chińskiej w szczególe, a  komunistycznej w ogóle, propagandy. Ale przecież to drobiazg przy całej reszcie, której wyczerpany Mitchellowaniem nie miałem już nawet siły zwalczać. Poza tym czy można jeszcze coś na to powiedzieć ? Patrzyłem więc tylko na Dunkana i zastanawiałem się gdzie są jego rodzice i dlaczego pozwolili mu samemu oddalać się od domu.   Szybko też uciekłem od nich o stworzyłem tandem z Miną Znowu mieliliśmy ozorami jak najęci o literaturze i życiu. Opowiedziałem jej nawet o swojej mamie pisarce i że tęsknię za dziećmi. Ogólnie zgroza. Jednocześnie ze złością obserwowałem Włocha , który przykleił się do Mary Clair. Cicha woda psia krew. Doszliśmy więc do jakiegoś punktu na drodze i zaczęliśmy wracać. Nie, nic tam nie było, ot odcinek lekko pod górkę za czymś, przed czymś i koło czegoś, ale w żadnym razie nie gdzieś. Bezsens takiego posunięcia podziałał na mnie wybitnie przygnębiająco. Podczas przebiegunowywania kierunków doszło do zwykłego w takich wypadkach zamieszania, które skwapliwie wykorzystałem tworząc parkę z Mary Clair. Brodaty Włoch się zagapił i jego strata. Hehe. Do tej pory zerkałem za małym Jackiem, który oscylował między grupkami i był niepokojąco trudno uchwytny. Teraz jednak interesowały mnie już tylko płowo-błękitne oczy na piegowatej twarzy i opowiadanie o kontakcie z naturą, co jednak odczułem nieprzyjemnie jako sprostytuowanie mojej intymności w celu zaimponowania dziewczynie. Przeszliśmy więc na filmy, które z kolei zgotowały mi przykrą niespodziankę ze swej mnogości gdy okazało się, że ani jednego pod ręką nie oglądaliśmy razem. Gdzieś tam przemknęła Trylogia Tolkiena, jednak był to temat zakazany gdyż mówiąc o filmie musiałbym zapytać o książkę, a odpowiedź na to pytanie już znałem, bowiem wnioskując po sposobie szukania porównań i wrażliwości, oczytanie nie było jedną z licznych zalet pięknej Mary. Potem poszliśmy na plac zabaw i bujaliśmy się na konikach. Super niby, dlaczego tylko rzucałem nią jak workiem kartofli, aż przerażona dziewczyna zeszła z bujaczki i uciekła. Następnie zrobiłem z tysiąc głupich rzeczy, które ostatecznie zatopiły nasz wątły stateczek miłości na samo dno oceanu. Pokazałem mianowicie, że potrafię zrobić wymyk, salto, serię gwiazd, a także skakać z dużych wysokości nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Teraz gdy to wspominam myślę, że najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie tylko ona przy tym była. Cóż ten drugi, szara eminencja mojego życia, nie życzy sobie  najwyraźniej żadnych romansów, chyba jaśniej nie mógł się już wyrazić. Lepiej jednak niech jak najszybciej zacznie sobie życzyć bo inaczej mam przejebane.  Tak wyrabiałem dopóki nie zebraliśmy się i nie ruszyliśmy w dalszą drogę powrotną.  Cały czas szalałem koło Mary jednak teraz przyłączyła się do nas Ann, córka Miny. Szliśmy w tylnej straży i byliśmy może z 200 m przed klasztorem kiedy zapytałem gdzie jest mały wielki człowiek.  Nie żebym naprawdę był zmartwiony. Nie było go z nami więc założyłem, że musi być z przodu. Pytanie więc miało raczej charakter rutynowy. Rutynowe czy nie okazało się pytaniem, na które nikt nie znał odpowiedzi. Więc albo mały Jack jakimś cudem dotarł do klasztoru przed nami albo… zostawiliśmy dziecko na placu zabaw z pół godziny temu. Było nas z dziesięciu dorosłych, trzeźwych ludzi i nie potrafiliśmy upilnować jednego dziecka. Inteligencja grupy to średnia inteligencja jej członków podzielona przez jej liczebność.   Muszę przyznać, że nie pamiętam czy byłem kiedykolwiek świadkiem lepszego potwierdzenia tej żartobliwej tezy. Jak to się mogło stać? Przecież większość z nas miała już doświadczenie jako rodzice. Ano to tak jak z genialnym Stalinem, który małe domki budował i poetą który salta robił i gwiazdy przed trzpiotowatą aktoreczką, a wszystko to pod wodzą mądrego króla  Tybetu, który nakazał nam miłować się nawzajem. Oczywiście zaraz ruszyła axpedycja poszukiwawcza w składzie Dunkan, Jim i Komunista, reszta zaś została na drodze bojąc się pokazać w klasztorze bez dzieciaka. Zwłaszcza Mina miała z tym problem bo wypożyczyła Jacka od dziadka na własną odpowiedzialność. Staliśmy tak ze dwadzieścia minut, co niektórzy w tym Mary Clair i przeklęty brodaty Włoch wymknęli się zdradziecko przed czasem i popijali już pewnie kawę w klasztorze. Ci co pozostali mielili natomiast nieprzerwanie ozorami próbując dokonać rzeczy nie możliwej mianowicie znaleźć dla siebie jakieś usprawiedliwienie.        
                Jim powiedział, że znaleźli małego Jacka idącego przez wieś. „Dlaczego mnie zostawiliście” pytał. Potem przy obiedzie był bardzo milczący, dziobał ryż i z nikim nie chciał rozmawiać. Nic dziwnego. Ja sam straciłem ochotę na życie towarzyskie i gdy po obiedzie Jane powiedziała, że czasami lepiej przestać ciągle gadać i pobyć trochę samemu oświadczyłem, że zgadzam się z nią w pełni i przy tych łowach wyszedłem. Uciekłem pisać próbując odnaleźć wczorajszego siebie, czy może siebie w ogóle. Jednak Dunkan mnie uprzedził i odnalazł mnie pierwszy. Przepraszał za nieporozumienie z Komunistą. Moja irytacja widocznie nie dała się ukryć mimo wszystkiego co było potem. Nie udało mi się wyłgać od konwersacji bo znaczyłoby to, że chowam urazę więc jedynym wyjściem na zakopanie topora wojennego było mielenie ozorem przez następne półtora godziny razem z Miną, która przyłączyła się już na samym początku. W końcu przyszedł Komunista, a ja wykorzystałem zamieszanie jakie ten człowiek zwykle wokół siebie wytwarza i uciekłem. Ale i tak gębę mam całą obolałą od nieustannego gadania „mądrości”.
Tak oto na modlitwie i medytacji upływają mi klasztorne dni.
Czarna, skurzana kurtka przycupnęła koło mnie jak wielki czarny kruk.
Kres i krach.
Kres i krach.
                Teraz siedzę na równo zasianym przez brata Patryka trawniku i nie wiem co z sobą zrobić. Chyba zaczekam na kolację i wówczas zajmę się czymś na serio. Tymczasem spotkałem ojca Rajmunda i poprosiłem o pobłogosławienie mojego medalika. Stał gawędząc z Marią Murthy, Jimem i kimś jeszcze. Wygłosił pięciosekundową formułkę praktycznie nie przerywając konwersacji. Trudno sobie wyobrazić żeby to coś znaczyło.
                Dunkan pojechał do miasteczka Haggington obiecał po drodze rozejrzeć się za moim swetrem, którego zapatrzony w Mary Clair zapomniałem zabrać z placu zabaw. Dałem m u też swoją kartę, żeby sprawdził czy na moim koncie coś drgnęło i kupił jakieś słodycze w ramach repatriacji dla Jacka. Głupio powiesz i to po tym wszystkim… ale komuś przecież ufać trzeba do cholery na tym bożym świecie.  Idę teraz pomedytować i posiedzę do kolacji, niech się dzieje co chce.
                Jestem wściekły i jestem zły. Dunkan raportuje, że na moim koncie wciąż nie ma pieniędzy. Nie mogę też złapać zasięgu, żeby połączyć się z ojcem. Ruszam na wyprawę szukać zasięgu. Brak mi słów.
Nie musiałem nawet wspinać się na wzgórze, zasięg złapałem już po drodze do wsi. Wysłałem ojcu wiadomość „oddzwoń” co uczynił staruszek niezwłocznie. Umówiliśmy się, że odbierze mnie jutro wieczorem i usiadłem przy drodze nie wiedząc co czynić. Czułem, że na nic już nie mam ochoty. Depresja ogarnęła mnie czarną chmurą, a spalone niespotykanym w tym kraju słońcem ciało ogarnęły dreszcze. Chciałem zadzwonić do mamy, ale poniechałem. Nie chcę się żalić staruszce, że życie jest do bani i to na jej koszt. Znowu poczuje się winna, że mnie urodziła. Postanowiłem wpełznąć do łóżka i przespać, lub przeleżeć kryzys, może nawet zrobię sobie dobrze co mi tam.
Wróciłem więc do siebie i po majaczyłem z półtora godziny . Dobrze sobie w końcu nie zrobiłem, nie miałem siły.
Obudziłem się około 7.30 i odpuściwszy sobie wieczorne nabożeństwo uciekłem w lekturę. Thomas Berger mnie nie zawiódł. Proza soczysta i jędrna, ale zarazem twarda i męska, taka jaką lubię. Jack Crabb to typ antybohatera, z którym utożsamiam się błyskawicznie. Nędza jego położenia już od pierwszych stron łagodzi ból mojej własnej finansowej, uczuciowej, moralnej i towarzyskiej ruiny.
Po różańcu, który sobie odpuściłem był wykład o sercu Jezusowym. Przyjechał jakiś gładki grubasek i przez pierwsze piętnaście minut walczył z wyświetlaczem slajdów próbując ustawić kolory jednak nie podołał i w końcu wszystko było czerwone. Potem zaczął wykład od językowych zastosowań słowa „serce” nazywając to nie wiedzieć czemu symbolizmem. Posiłkował się przy tym ściągniętymi z netu obrazkami serc złamanych, gorejących, czarnych, szatańskich i jakich tam jeszcze. Nie dowiedziałem się do czego miało to prowadzić bo gdy dobrnął do Martina Lutra odreślając go mianem serca szatańskiego, zbuntowanego przeciwko nauce bożej, opuściłem salę. Nie wróciłem jednak do siebie, miałem sprawę do załatwienia. Otóż Komunista, który pojechał z Dunkanem do miasta obiecał mi kupić bibułki, potem mieliśmy się rozliczyć. Od razu wydało mi się podejrzane gdy po powrocie zażądał 45p za paczkę, z reguły bibułki są o połowę tańsze. Marudził przy tym jakieś farmazony, że Haggington to małe miasto i dlatego takie drogie. Wczoraj tam byłem i niczego takiego nie stwierdziłem jednak to sprytne pomieszanie faktów i fikcji od razu mnie zaalarmowało. Zrozumiałem, że Komunista wcale nie jest naiwnym idealistą za jakiego chciałby uchodzić, lecz niezgorszym cwaniakiem z gatunku naszych cinkciarzy, którzy zawsze wiedzieli jak okpić frajera z zachodu. Odliczyłem jednak żądaną kwotę, a w zamian dostałem wymięte, wytarte na rogach pudełko, w którym nie było nawet połowy początkowej  zawartości. Jako, że transakcja odbywała się przed wykładem i niemal wszyscy nas obserwowali odpuściłem więc chwilowo i wziąłem  co mi dał jakby nigdy nic. Oto Komunista dał mi lekcję swojej ideologii w praktyce i sprzedał mi szmelc za wygórowaną cenę. Mylił się jednak myśląc, że na tym koniec. Zaczaiłem się na niego i kiedy wyszedł z sali mówię „co ty mi tu próbujesz wcisnąć kolego ?” Zaczął się tłumaczyć, że musiał pomylić paczki. Poszedł i wrócił po ok. piętnastu minutach i mówiąc, że gdzieś musiał zgubić tą nową paczkę oddał mi pieniądze. Prawda zaś jest taka, że nigdy nie kupił żadnych bibułel i po prostu chciał mnie naciągnąć na drobne co wiem na 100% bo jestem w tym kraju i wiem, że nie ma takiego świństwa dla którego szkocki żul nie posunąłby się dla drobnych.  Trochę się uśmiałem choć nie bez poczucia niesmaku. No nic, tabletka zaczyna już działać. Poczytam jeszcze i lulu, wnioski ogólne jutro. Teraz jest noc. Moja ostatnia noc w Nunraw.









10.08.2012

Spałem mocno, nie bez głupich jakiś snów, ale twardo i wyspałem się porządnie. Obudziło mnie dopiero dzwonienie na mszę. Ubrałem się więc pośpiesznie i zbiegłem na dół. Już naciskałem klamkę od kaplicznych drzwi kiedy ze środka dobiegło mnie znajome beczenie – Kozieł robił już swoje. „Nie” – powiedziałem sobie, nie dam stratować ostatniego poranka kopytami komicznych modłów i cichutko, na paluszkach wycofałem się spod drzwi.  Teraz chyba zajaram i zacznę się pakować. Pokój mam zwolnić ok. 10.00, a więc czas najwyższy. Nie spodziewałem się, że na fajce zdarzy się coś godnego zapisania , a jednak. Otóż przyjechała śmieciarka. Za piętnaście dziewiąta, nie czwarta trzydzieści, niewiele głośniejsza od samochodu, nie wyjąca jak ruskij tank i niemal bezwonna. Przypomniałem sobie „Przebudzenie” i zrozumiałem, że gdziekolwiek pojadę opuszczając ten kraj to nie będzie Polska.
                Czas pożegnań, pierwsza zawinęła się Agnes. Na pożegnanie dała mi swój wiersz, dopiero teraz wyjawiła, że sama jest poetką i to w przeciwieństwie do uznanej „Murthy” zrozumiałą i co tu gadać dobrą. Jej wiersz jest milion razy lepszy niż wszystkie symbolizmy dialektyczne tej ostatniej. Specjalnie dla mnie napisała go z pamięci i dołączyła dedykację. Wzruszające. Jest to jeden z niewielu wierszy napisanych w tym koślawym języku, który ma dla mnie jakąś wartość. Opowiada o walce dobra ze złem i o byciu po właściwej stronie takie angielskie „bądź wierny idź” tylko bez  „grona czaszek” i „zabójstwa na śmietniku” co nawet bardziej mi się podoba. Wiersz mówi prosto, bez wahania stylem pewnym i przejrzystym. Agnes oczywiście nie publikowała, jakżeby tam. Już widzę zmarszczone nosy filologów. „Banał” skrzeczą popierdując formą postmoderno-symboliczną. Dałem jej swój adres prosząc o więcej. Zobaczymy, może napisze.  Mam teraz cały dzień bez swojego pokoju, Ojciec przyjedzie późno wieczorem, dobrze, że jest Thomas Berger i jego nieśmiertelny Jach Crabb.
                Dunkan z rodziną wyjechali żegnając się gorąco wśród uścisków i pocałunków, może się jeszcze spotkamy, niewątpliwie wzajemnie tego pragniemy.  Mary Clair wyjechała bez pożegnania, ale przecież po tym co wyczyniałem trudno się jej dziwić, zresztą spójrzmy prawdzie w oczy jestem facetem, który nie zna się na samochodach i nie lubi futbolu, ze to nie może się oprzeć pokusie kupienia fikuśnej, najlepiej zapachowej świeczki jeśli jakąś zobaczy. Więc jeżeli jakimś cudem znajdę w końcu dziewczynę dla siebie będzie to prawdopodobnie utajona lesbijka.
                Jestem teraz spokojny, chłonę słońce wszystkimi porami skóry, oczami chłonę książkę i czuję, że jest to jeden z tych rzadkich momentów kiedy on i ja jesteśmy jednym. NIec nie może mnie teraz przestraszyć , jestem pełny, a więc nieulękły. To jest to po co tu przyjechałem. Sposób w jaki patrzą na mnie ludzie przy jedynym już zajętym stole przyjemnie łechcze moją próżność. Wszystkie moje zasoby są mi dostępne dzisiaj. Nic nie plącze się na końcu języka, nic się nie gubi. Jestem spokojny, jasny i czysty jak odbicie nieba w niezmąconym lustrze jeziora. Jestem. Tak rzadko przecież jestem naprawdę tu i teraz. Nie potrzebuję modlitwy, medytacja jest moim naturalnym stanem ducha.  To emanuje ze mnie, widzę to w oczach innych. Żona i córka Jima przyjechały odebrać starego tatę. Ta córka byłaby moja gdyby był jeszcze czas, ale czuje, że przecież jej nie chcę, nie chcę kobiet i nie potrzebuję, uciekam przed nimi, uganianie się za spódnicą niszczy równowagę duchową, a ja mam coś jeszcze do zrobienia – bycie.  
Jestem. To że ktoś powiedział coś o czym właśnie myślałem jest tak naturalne jakbym sam zapytał.
Jestem. Moralność i dobroć jest naturalnym stanem ducha, nie ma nic wspólnego z religią, znika gdy wody umysłu są zmącone. Jestem. Prawo jest dla głupców, którzy bez niego nie wiedzieliby jak się zachować. A religia… religia jest drabiną dla ludzi zbyt niskich by zapalić światło.
                Słońce wisi już nisko nad drzewami. Jest  7.30. Ostatnia tura właśnie odjechała to Jim z rodziną zapakowali się jakimś cudem do małego, czerwonego samochodzika. Jego córka patrzy na mnie tak znacząco jak to tylko możliwe. Żegnamy się ciepło wesoło i bez żalu. Klasztor opustoszał jak teatr po spektaklu. Jest cicho. Faktura przestrzeni rozpręża się i wygładza w oczekiwaniu na nowych aktorów.  Jestem już tylko ja – samotny aktor, widz, autor na drodze w nieznane.  Opuszczam kurtynę zmierzchu ostatnim pociągnięciem pióra. 




                KONIEC