WSPOMNIENIA Z
NUNRAW
Możesz powiedzieć, że każdy potrafi
pisać o tym co się stało, trudniej stworzyć coś nowego. Wiem, jednak po trzydziestu latach wśród wierszy i
bajek postanowiłem dla odmiany zbliżyć się do prawdy tak bardzo jak to tylko
możliwe nie płosząc jej przy tym.
07.08.2012
Pierwsza
noc w klasztorze.
Śniło mi
się , że rodziłem, więc znowu byłem kobietą. To miał być mój drógi poród tego
lata istniała więc obawa czy płód przeżyje. W tym szpitalu był Terminator ,
który chciał mnie zabić i jeszcze dwa inne, które miały mnie chronić. Istniała
jednak obawa, że ten który chce mnie zabić przeprogramuje pozostałe dwa. Do
porodu nie doszło nie pamiętam dlaczego, za wcześnie chyba, ciągnęli coś ze
mnie jakimiś rurami , ale nie dali rady i w końcu nic nie wyciągnęli. Zresztą źle spałem, budziłem się co chwila,
marzłem. Dopiero rankiem odkryłem w szafie wspaniały ciepły koc w kolorze
łososiowym. Patrze teraz na swój pokój – cele , to ostatnie nie dostatecznie
oddaje moje uczucia przez złe asocjacje oczywiste dla każdego , z jakichś
powodów mnisi nie wymyślili własnej nazwy widać nie potrzebowali odróżniać dewocji
dla zbrodni od dewocji do Boga na poziomie językowym. Dalsze inklinacje takiego stwierdzenia zostawiam
już tobie sam goniąc dalszy ciąg uciekającej historii.
Obudziłem się ok. piątej i już nie
mogłem spać. To miejsce jest bardzo
piękne i ciche
Tykanie
mojego zegarka na rękę słychać wyraźnie w całym pokoju.
Pomedytowałem
więc , wreszcie. Nie wim czy to przez tę
ciszę, czy może szczególną energię tego miejsca, ale była to medytacja
wyjątkowo głęboka i przyjemna.
Popracowałem potem trochę nad włosami, które po wczorajszym myciu
zupełnie zdziczały. Z lustra patrzy na mnie artysta rasowy, substancjonalny
powiedziałbym, do szpiku kości. Dlaczego więc nie tworzę ? Jakaż inna racja
mojego istnienia ? Dzieci przecież nie wychowuję. Przybyłem tutaj żeby się tego dowiedzieć. Nunraw Abbey
gościnny klasztor Cystersów – miejsce wytchnienia dla tych co zgubili drogę.
Widzę teraz, że nie przygotowałem się najlepiej. Nie wziąłem mydła, ręcznika i
innych rzeczy podstawowych. Cudem jest jednak, że wziąłem samego siebie, reszta
to drobiazgi. O innych rezydentach trudno mi na razie cokolwiek powiedzieć prócz tego, że są w wieku od sześciu miesięcy
do powyżej osiemdziesięciu lat. Dziewczyny jakieś, bardzo ładne, ale chyba
jeszcze za młode… albo to ja niepostrzeżenie przekroczyłem linie za, którą
zaczynają interesować człowieka kobiety w średnim wieku. Czas nie… słup, nie
stoi. To, że świadomie nie notuję starzenia się, nie znaczy, że chemia mojego
mózgu, ciała i duszy, sposób postrzegania piękna i wrażliwość nie zmieniła się
i nie obsunęła mnie niepostrzeżenie na drugą stronę barykady, za którą są już
tylko dorośli i bardzo dorośli – doroślaki. Zresztą dziewczyny – jedna już z
bobasem – nie zwróciły na moją skromną osobę szczególnej uwagi, choć z drugiej
strony zdążyłem się już nauczyć, że z kobietami to nigdy do końca nie wiadomo. Najgorzej
zaś jest gdy zdaje ci się, że jesteś naprawdę kochany. Wtedy przepadłeś. Szybko uzależniasz się od tych dawek
bezwarunkowego uwielbienia . Nie możesz ich dozować oznaczałoby to bowiem skrzywdzenie
kochającej więc chłoniesz na maxa i wpadasz
po uszy w regularne ćpanie bez limitu, aż nieuchronnie nadejdzie moment
deprywacji, kiedy dziewczę się odkocha lub zniknie z krajobrazu z jakichś
innych przyczyn tak samo nagłych jak niewyjaśnionych. Wtedy nieuchronnie
nadchodzi piekło odstawienia, którego symptomy zabijają cię fizycznie i duchowo przez minimum
rok czasu. Źródło narkotyku jest przy
tym całkowicie niedostępne, żaden diler nie handluje nim za żadne pieniądze,
nie przepisze żaden lekarz. W tym czasie bardzo możliwe, że targniesz się na
swoje życie, zaczniesz pić nałogowo, oraz staniesz się bywalcem poradni
psychoterapeutycznych i psychiatrycznych i konsumentem wymyślonych na tę okazję
tabletek takich jak Prozak, Permazyna
czy Metrozapin, na którym ja sam jadę ostatnio. Więc dopóki kobiety nie zwracają na ciebie
uwagi doprawdy rozsądny człowiek nie ma powodu narzekać.
Jest tu tak przyjemnie, spokojnie i cicho, że myślę o
tym żeby zostać tu na dłużej. Na zawsze może… bawię się tą myślą przez chwilę
jak starą zabawką z dzieciństwa taką niemożliwą nagle w moich dorosłych
dłoniach.
Zdjąć maskę z twarzy,
zapomnieć roli
w milczeń ocean płynąć
powoli…
Obserwuję
taniec jaskółek za oknem. Ich radość życia jest szczera i naturalna,
niewymuszona jak u dzieci. Ich lot to czysta zabawa nieświadoma własnej
gracji. Ubrałem się, zszedłem w dół po
niesamowitych spiralnych schodach i doznałem zdumienia gdy przedziwna
architektura tego budynku wyrzuciła mnie w zupełnie innym skrzydle, w miejscu,
w którym na oko żadną miarą nie powinienem się znaleźć. Inna rezydentka pewna starsza Szkotka, która
załatwiała właśnie swojego porannego dymka widząc moje skonfundowanie spytała
czy się nie zgubiłem. Wyjaśniłem jej powód swojego zmieszania i przez chwilę
rozmawialiśmy śmiejąc się w ten niewymuszony sposób w jaki latają jaskółki. Ta
Szkotka miała na imię Agnes i miała być moją przyjaciółką i sojuszniczką przez
resztę pobytu.
O 8.30 była msza, fajna, nie za
długa, kameralna w małej kapliczce. Kazanie o Zezusie chodzącym po wodzie.
Łudka jako metafora kościoła, burza i wiatr to trudności z jakimi się on zmaga.
A Jezus to oczywiście Jezus. Jeszcze nie słyszałem żeby Jezus stanowił metaforę
w jakimkolwiek kazaniu. To byłoby chyba swego rodzaju świętokradztwo, a szkoda
bo postać wybitnie się nadaje na metaforowanie postaw i przeżyć co zresztą
czyni z powodzeniem w mowie i symbolice
powszechnej. Zaciekawił mnie dalszy ciąg
tej historii, na który dotąd nie zwracałem uwagi. Kiedy burza i wiatr się
uciszyły Jezus pokazał apostołom gdzie mają zarzucić sieci, które błyskawicznie
napełniły się rybami. Potem zszedł na brzeg i zaprosił uczniów na śniadanie. Tę
sytuację stary mnich – Ojciec Rajmund – przedstawił jako metaforę nieba –
cichej przystani, na której siedzi Jezus i zaprasza nas na śniadanie. Obraz
trafia do wyobraźni zupełnie bezbłędnie. Scenę da się narysować i w jednej
chwili słuchacz widzi siebie zmęczonego i głodnego w łódce i Jezusa ze
śniadaniem czekającego na brzegu. Sztuczka była skuteczna także dlatego, że
msza była przed śniadaniem i do tej pory wszystkim już porządnie burczało w
brzuchach. Sprytny mnich wiedział, które struny potrącić.
Przy śniadaniu wyraziłem pogląd, że wbrew zapowiedziom proroków świat zmierza w
dobrym kierunku co można stwierdzić np. po braku wisielców na przydrożnych
drzewach. Po lewej miałem Agnes, która zgodziła się ze mną skwapliwie, ale
siedząca po prawej Linda zaoponowała mówiąc, że jeszcze dziesięć piętnaście lat
temu w Edynburgu nie było żebraków, a
teraz jest ich pełno. „Ale to Polacy, Litwini i inni przybysze ze wschodu”
-dodała. Nie, nie poczułem się urażony, zdumiony raczej zestawieniem
współczesnych sytych i dobrze odzianych żebraków i średniowiecznych wisielców,
otrząsnąłem się jednak szybko i
powiedziałem, że zgodnie z moją najlepszą wiedzą są to głównie szkockie ćpuny .
Nałóg heroinowy jest rzadkością wśród przyjezdnych. Linda zaprzeczyła
gwałtownie. Powiedziałem więc, że miałem przyjemność mieszkać w Edynburgu i
znam z imienia ludzi parających się tym pradawnym rzemiosłem. Wymieniłem nawet kilka imion specjalnie
dobierając takie żeby nie było wątpliwości skąd pochodzą : Ian, Hamish, Struan,
poleciałem ciurkiem śmiejąc się w duchu jadowicie. „Nie obchodzi mnie czy znasz ich z imienia,
to nie są Szkoci!” - Linda krzyczała
niemal, a jej ręce trzęsły się tak, że musiała odłożyć łyżkę. Zmieniłem temat pozostawiając sobie ten drobny incydent
do rozważenia na później. Teraz widzę, że oboje wyparliśmy się tych ludzi. Na
dobrą sprawę skąd mogłem wiedzieć, czy nie ma wśród nich Polaków. Znałem Polaka
w Londynie, który na kolanach żebrał więc dlaczego nie tu ? Ok Polacy raczej stronią od hery, za to piją
nałogowo. Obydwa nałogi degradują w podobnym stopniu, alkohol może nawet
bardziej, o co mi więc chodziło ? Wyparłem się ich po prostu i tak oto wspólnie
z Lindą stworzyliśmy nową nację – nację żebraków – niczyją. Nie wiem czy nie
pójdę za daleko, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że ta niechęć i brak miłości
są nie tylko skutkiem ich położenia, ale także przyczyną.
Po śniadaniu spałem twardo przez dwie i pół godziny. Obudził mnie dopiero
dzwonek na lunch. Więc zwlekłem się z łóżka i powlokłem z powrotem na dół
napełniać tłuste brzuszysko. Spóźniłem
się nieco i nie chcąc dosiadać do pogrążonych w konwersacji obcych (miejsce
obok Agnes było zajęte) usiadłem
sam. Jedno co można powiedzieć o
tutejszej kuchni – nie zna soli. Dobrą łyżkę można dorzucić w ciemno do
wszystkiego i dopiero da się to zjeść.
Po obiedzie zmywałem naczynia – mój krok w kierunku adaptacji
środowiskowej instynkt silny, zwierzęcy. Krok bardzo skuteczny, zapamiętano mnie
pozytywnie i wdałem się w kilka rozmów nic nie znaczących oczywiście
semantycznie ogromnie jednak znaczących towarzysko. To pierwsze mosty
przerzucone skutecznie na drugą stronę znajomości. Po nich będziemy się teraz
odwiedzać, migrować i zasiedlać własne
krainy to one zostaną właśnie spalone jeśli się pokłócimy. A byłbym zapomniał zapytałem po mszy starego
ojczulka gdzie można składać donacje – zapłatę za pobyt i jedzenie. Jakież było
moje zdumienie gdy zamiast zabrać mnie do biura, przyjąć pieniądze i wystawić
rachunek, viva kościół w Polsce, wskazał na niepozorną skrzynkę na ścianie z
napisem DONATIONS i powiedział, że to tam.
Wrzuciłem co miałem wrzucić, nikt nie patrzył i nikogo nie obchodziło
ile wrzucam, ani jak długo dokładnie planuję zostać. Takie podejście do spraw
finansowych jest bardzo miłą niespodzianką i niemałą ulgą. Widzę teraz jak
daleko sam zabrnąłem w skąpstwo i liczykrupstwo. Przypominam nieco babcię z jej
odwieczną listą wydatków, ale o ile u niej miało to jeszcze jakiś sens
praktyczny o tyle u mnie jest to wyłącznie dręczenie siebie i innych. Bo
przecież i tak nie kontroluję swoich wydatków i tylko jakimś bożym cudem
niczego mi jak na razie nie brak. A jednak wypominam sobie wydane pieniądze zamiast
niegodny cel na jaki je wydałem. A czy
jeżeli narkotyki byłyby za darmo to czy wówczas codzienne ćpanie byłoby
bardziej ok. ?
Teraz kawa i ruszam na wyprawę, czas rozejrzeć się po okolicy. Okolica
zachwyca można by zrymować i nie skłamało by się. Janosikowałem więc po
okolicznych wzgórzach przez parę godzin. Wioska Garvalt samotna wśród pól i
wzgórz jak perełka w muszki. Ale jaki wstyd Polakowi bo zadbana, tonąca w
kwiatach i czysta. Bez pubu za to z placem zabaw i świetlicą, w której lokalni
spotykają się by grać w szachy i ping-ponga. Mają też klub tresury zwierząt,
gdzie to u nas pytam ? Dopiero na najwyższym wzgórzu T-mobile złapał zasięg. Oczywiście jak tylko
to się stało zadzwoniła mama. Takich przypadków miałem już z nią setki i to nie
znaczy wcale, że wydzwaniała przez cały dzień, po prostu zadzwoniła kiedy byłem
osiągalny – proste. I już nawet się temu nie dziwuję. Duchowa pępowina, której
ani bym chciał, ani potrafił zerwać. Może dlatego nie stać mnie w życiu na
niezależność ? Na pewno, już to przecież przerabiałem na licznych terapiach,
banał i co ? I nic. Ulice są mokre bo ciągle pada. Acha.
Rozmowa z mnichami - brat Patryk i ojciec Rajmund. Rozmowa przyjemna choć daleka od objawienia,
czy choćby jego obietnicy. Są starzy i radośni, pełni spokojnej pewności
własnego zbawienia i nic nie wskazuje na to by mieli się jeszcze potknąć na
krótkiej drodze, która została im do przejścia, zbłądzić czy zniweczyć
cokolwiek z owej pogody ducha, która sobie wypracowali. To jest przecież bardzo
wiele, ale od razu czuć że nie na sprzedaż. Obracam więc w dłoniach to
maleństwo z podziwem i poczuciem oddalenia, nawet gdybym mógł to kupić przecież
nie wiedziałbym co z tym zrobić. Żyją sobie mnisi w Nunraw Abbey, modlą się,
pracują , a świet jest z pewnością lepszy dzięki ich na nim obecności. Acha.
Zwraca też uwagę fakt, że wszyscy oni są już bardzo starzy jest między nami
przepaść co najmniej dwóch pokoleń, a już pokolenie moich rodziców nie
wiedziało najwyraźniej co zrobić z tym co oni tam mają. Świat się zmienia i dni
Nunraw są już policzone tak jak tysięcy innych klasztorów zamykanych masowo w
ostatnich latach z powodu braku powołań. To nasuwa myśl, że powołań nie było
nigdy, ale kiedyś droga mnicha wydawała się możliwym sposobem na życie. Dziś
już nie. Ten Statek już odpłynął i nawet gdybym chciał się przyłączyć zrobił
bym krok w próżnię.
Kolacja. Jane, pewna Szkotka, też już nie młoda zgodziła się z moim
spostrzeżeniem wyrażając obawę, że są to ostatnie lata dla tego klasztoru jak i
wielu innych. Patrzy na mnie spojrzeniem pt „A pan ? Może pan miałby ochotę
zostać mnichem”. Nie mówię jej oczywiście nic z tego co powyżej mam lepszą
odpowiedź „Niestety, dzieci jestem za nie odpowiedzialny rozumie pani” wzdycham
z żalem i powagą. ….Błażej…
Tymczasem zaprzyjaźniłem się z Jimem, niesamowita osobowość ok
siedemdziesięcioletni już Szkot, ale z młodą, dwudziestoparoletnią córką.
Bardzo oczytany i z ogromną wiedzą również na tematy Polskie. Pożyczyłem od
niego tomik Gerarda Hopkinsa. Wziąłem go do pokoju i srodze się rozczarowałem
gdy już po pierwszym zerknięciu zrozumiałem, że rzecz jest dla mnie nie do
przegryzienia. Stara Angielszczyzna, wyszukana słowotwórcza forma i specyficzny
styl. Nie mam to swojego Collinsa, zresztą nawet z nim byłaby to droga przez
mękę bez wielkich szans na pełne zrozumienie czegokolwiek. No nic, potrzymam
trochę, a potem oddam udając zachwyt, co zrobić ?
Wieści z Lochgelly bardzo nieprzyjemne, nie chce mi się strzępić długopisu,
ale moi miejscowi znajomi są nie mniej skurwiali niż najgorsi Chełmżyńscy żule.
Sposób w jaki ci ludzi odpłacają mi za uprzejmość i hojność wprawia mnie w
osłupienie. Spodziewałem się wszelkiegoznam przecież tzw. „życie” uff jak
nienawidzę tego określenia, którym ludzie płytcy i gruboskórni kwitują
wszelkie, a zwłaszcza własne, kurestwo i podłość. Nie będę tego opisywał,
grunt, że sam byłem uczciwy jednak już postanowiłem – żadnych kolegów w
Lochgelly. Za próg obszczypłotów nie wpuszczę. Tymczasem jestem tu, a nie tam
co jest zapewne przyczyną dlaczego tam się wyrabia, wiadomo jak kota nie ma to
myszy harcują nie powinienem się jednak teraz takim badziewiem przejmować, mam
tylko parę dni tutaj i powinienem maxymalnie je wykorzystać… Nie no muszę o tym
napisać inaczej mi nie przejdzie. Trzy dziewoje zwykły przychodzić do mnie
powołując się na starą przyjaźń jeszcze z czasów bezdomnych. Żarły moje
słodycze, paliły mój hasz i piły mojego cidra. Co drugie słowo mówiły, że
jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi choć przecież bym nie skąpił nawet gdybyśmy
nie byli co było faktem w moim odczuciu bo w przeciwieństwie do nich słowo
przyjaciel jeszcze coś dla mnie znaczy. Któregoś razu płakały, że są głodne i
że do wtorku nie dostaną pieniędzy, był piątek. Wcześniej pożyczyłem już im
pięć funtów, których nie oddały, więc nauczony tym doświadczeniem, wciąż jednak
jakże naiwny zaproponowałem im pożyczkę poprosiłem jednak o jakiś zastaw. Były
wniebowdzięczne. Dostałem złoty pierścionek choć na oko nie wart 50 F to
pożyczki to powiedziałem sobie, że nie ma to przecież większego znaczenia skoro
one wydają się wierzyć, że jest wart znacznie więcej. Nie chodziło mi przecież
o zastaw tylko o zwrot pożyczki zadowoliłem się więc efektem psychologicznym.
Parę dni później matka jednej z nich sprzedała mi telefon. Ta matka to stara
labradziara i ćpunka, ale na kolanach mnie błagała o tę przysługę. Później zaś
rozpuściła plotkę jakobym był u nich w domu i ukradł telefon i pierścionek. Nie
wiem na ile dziewoje były w to zaangażowane, a na ile to sprawa ich matki,
którą osobiście zatłukłbym jakąś pałką w ciemnym kącie jeślibym tylko miał pewność, że nie pójdę za to siedzieć, przed
Bogiem bowiem jeśli ma odrobinę zdrowego rozsądku byłbym w pełni rozgrzeszony. Faktem
jest, że tuż przed wyjazdem miałem starcie ze Szkockimi żulami, którzy żądali
zwrotu pierścionka w imieniu „poszkodowanej” pognałem ich jednak precz co po
Chełmżyńskich przejściach nie było zbyt trudne. Przedsiębiorcze dziewczęta nie
dały jednak za wygraną i teraz straszą policją, nie mnie znaczy, ale wiedziały,
że wyjeżdżam zaatakowały więc tatę. Śmią więc przyjść do mojego domu i łgać
mojemu ojcu w oczy, że zostały przeze mnie okradzione. On wie, że one kłamią,
one wiedzą, że on wie jednak to wcale nie peszy starej skurwionej ćpunki, która
blaguje w najlepsze. Najgorsze, że policja tego nie wie i w razie gdyby
zeznawały zgodnie byłbym w poważnych tarapatach. Dlatego, że próbowałem pomóc
tym śmieciom. Panie dodaj mi pogody ducha. No nic jak mówiłem nie po to tu
przybyłem, żeby o tym rozmyślać, wyrzygałem i kropka jak wrócę to policzę się z
nimi w ten czy inny sposób. Ale pomyśleć tylko co za syf, bagno, głupota i gnuśność. Lochgelly i moje nędzne w nim życie.
Jak dobrze, że wyjechałem, chociaż na chwilę.
Za oknem zachodzi słońce, niebo bez jednej chmurki, tylko ślad odrzutowca
zarzucił białą wstęgę rozprutego błękitu, takiego nieba nie widziałem jeszcze w
tym kraju.
Chwila
byłaby doskonała gdyby nie wielkie tłuste muszysko, które wpadło do pokoju
niczym bombowiec nurkujący i teraz buczy na cały regulator obijając się po
ścianach jak pijany Kubica.
Sufit
jest wysoko, a mucha naprawdę szybka i niezmordowana wiedziałem że nie mam
szans jej dopaść otworzyłem więc drzwi i wyleciała na korytarz zadręczać
innych.
Cisza. Mój pokój – zielona klasztorna cela
wygląda magicznie w świetle zachodu, piszę. Chciałeś chwili doskonałej – oto
ona. A teraz czas zejść do ludzi do
biblioteki na dole gdzie czeka piękna Mery Clair, która studiuje aktorstwo, ma
świetne podejście do dzieci i …potrafi grać w szachy !
No
i oczywiście chciała grać i co ja zrobiłem – rzeź niewiniątek. Czy nie mógłbym
choć raz poudawać ? Zresztą pewnie i tak nie miałbym u niej szans ? No i
dlaczego tak pomyślałem ? Dlaczego nie wierzę w siebie ? Kiedy to zatraciłem ?
i inne pytanie, lepsze, czy to kiedykolwiek miałem ? A może moja wielka pewność
siebie i swada z dawnych dni były efektem kompleksu wtórnego ? Może jednak do
wyjaśnienia tej zagadki wystarczy podręcznik pani z pośredniaka, który jasno
mówi – „lata alkoholizmu i spowodowanego nim bezrobocia degradują jednostkę w
sensie moralnym i osobowym.” Niezłe. Skąd jednak te lata się wzięły dlaczego
tak ? Ustalmy to raz na zawsze : Byłem dzieckiem kochanym, miałem wielu
przyjaciół, miałem dziewczyny, które mnie kochały wręcz samobójczo, nie byłem
molestowany. Co więc poszło nie tak i dlaczego ? Dlaczego przyjaźnię się ze
śmieciami, które nie potrafią czytać i pisać za to świetnie znają się na
numerach opisanych powyżej ? W którym momencie w mojej podświadomości wkodowała
się informacja, że zaćpany żul i złodziej to odpowiednie towarzystwo dla mnie ?
No jest kilka pytań nad, którymi warto by pomedytować.
To
była ciężka długa i nużąca medytacja a oto wnioski… wiecie co daruję wam może
wnioski, bo czytając je ponownie miałem to nieprzyjemne uczucie, które mam
kiedy na ciężkim kacu przeglądam swoje pijane zapiski z poprzedniego dnia i
postanawiam solennie od tej pory chować nie tylko klucze, kartę kredytową i
telefon ale także długopis kiedy sięgam po butelkę.
08.08.12
No i dopiero teraz mam czas i siły, żeby
popisać trochę, a jest już za dziesięć trzeciapo południu drugiego dnia. Cóż
moja towarzyska natura wzięła górę. Niekończące się konwersacje i nawiązywane
przyjaźnie wciągnęły mnie dzisiaj tak mocno, że nie miałem nawet czasu
pomedytować. No ale wreszcie się
dorwałem do długopisu więc do dzieła. Zacznijmy może od samego rana. Obudziłem
się pięć minut przed poranną mszą. Ubrałem się więc szybko i zbiegłem na dół do
kaplicy gdzie już wszyscy zdążyli się zebrać. Mszę prowadził zakonnik tak
osobliwy, że nie uwierzyłbym w jego istnienie gdybym nie widział go na własne
oczy. Skoro przy oczach to może zacznijmy od nich : były blado niebieskie i
wielce wyłupiaste idealnie wypukło okrągłe rosnące wciąż w ciągu mszy. Oczy te
wpatrywały się w nas intensywnie z długiej zwierzęcej twarzy uwieńczonej
bródką, której nie powstydziłby się Koziołek
Matołek. Już to by wystarczyło ale kiedy otworzył buzię stwierdziłem, że
to już przesada. O nie mówił on beczał. To unosił głos to spadał w dół wibrując
i niespodziewanie przerywając w pół słowa by potem znów
poszybować gdzieś na wysokie rejestry jodłując porywiście. Rozdziawiał przy tym
szeroko paszczę z wielkimi wystającymi zębami roślinożercy. Nie mam pojęcia o czym było kazanie i proszę nie wiń mnie za to. Ciekawe jak ludzie w takich sytuacjach twardo
udają, że nie dzieje się nic niezwykłego. Sztuka aktorska Zbyszka Cybulskiego
to nic przy tym czego my wszyscy dokonujemy kiedy przyjdzie do zbiorowego
udawania, że nie dzieje się nic niezwykłego. Kiedyś widziałem taką sztukę…
wiem, że było coś podobnego dlaczego nie pamiętam ? Jeśli to czytasz i
skojarzyłeś daj mi znać to uzupełnię tekst w tym miejscu. Później już przy
śniadaniu ów szczególny mnich przysiadł się do naszego stolika gdzie
siedzieliśmy w składzie Agnes, Jane, Jim, ja i Helen – emigrantka z Korei Płd.
, która opowiadała o sytuacji ekonomicznej i politycznej swojego rodzimego
kraju. Konwersacja więc potoczyła się o podróżach i obcych kontynentach w
którym to temacie tajemniczy mnich miał
wiele do powiedzenia. Bo jeszcze w czasie wojny, jako nowicjusz podróżował po
Afryce, był również w Singapurze i na innych dalekich wyspach. O dziwo mówił
zupełnie normalnie, potrafił ! Beczenie
było więc raczej swoistym wyrazem admiracji
dla Stwórcy ! Nie zaś efektem starczego zdziecinnienia czy pomieszania zmysłów
jak początkowo myślałem.
Niesamowite. Później Koreanka
opowiadała o Ameryce, w której aktualnie mieszka i za której od jakiegoś czasu
już nawet nie kontrowersyjną politykę zagraniczną czuje się moralnie
odpowiedzialna. To pięknie z jej strony i ucieszyłbym się tchnięty nadzieją na
jakieś pozytywne zmiany w imperium gdyby nie dodała, że demokracja Amerykańska
to czysta fikcja, w której obywatel nie ma nawet możliwości wybrać kandydata na
którego chce głosować bo jest systemowo przypisany do określonej partii i
zmiana preferencji równałaby się unieważnieniu głosu. To muszę przyznać coś
nowego dla mnie i z pewnością nie dałbym temu wiary gdyby nie powiedziała mi o
tym trzeźwa, wyraźnie bardzo inteligentna i świetnie zorientowana we wszystkim
w czym mogłem ją sprawdzić, obywatelka tego dziwnego kraju. Ja ze swojej strony opowiadałem o Polsce bo o
czym innym miałbym mówić ? Po śniadaniu załapałem się na wyprawę do miasta
Haggington z albinosem Dunkanem, jego uroczą żoną Miną oraz ich niesamowicie
wprost piękną córką Anną i też bardzo ładną choć w innym stylu przyjaciółką
Anny Marią. Anna to typ modelki z okładek najbardziej exkluzywnych magazynów
mody. Posągowo piękna powiedziałbym, zaś Marry o okrągłej twarzy z dołeczkami w
burzliwej koronie kruczoczarnych włosów
była piękna w sposób bardziej zmysłowy i ponętny. Obie zresztą nimfy nie z
mojego jeziora bo niespełna szesnastoletnie przy tym wybitnie przynajmniej na
oko nie zdemoralizowane.
Do tej wyprawy doszło szczęśliwym trafem
dzięki komuniście, który przybył wczoraj i natychmiast zraził do siebie kogo
się dało, kiedy więc rano zapytał Dunkana czy może z nimi jechać Ann wyraziła
veto i Dunkan powiedział mu, że nie mają wolnych miejsc. Dzięki temu ja się
załapałem nie mając może tyle refleksu co komunista jednak równocześnie chyba
bardziej dający się lubić, czy może bardziej empatyczny co na jedno wychodzi.
Dlaczego tak mówię ? Bo wyżej wspomniany
zalazł mi również za skórę już pierwszego dnia znajomości. Wracaliśmy z Jimem z
klasztornej mszy wieczornej skrótem przez las pogrążeni w rozmowie o poezji Lao
Tzu, kiedy komunista wkręcił się na trzeciego i zrujnował cały klimat bełkocząc
w szkockiej gwarze pełnej skrótów i slangów, z których jedyne co mogłem
wyraźnie zrozumieć to wyznanie jego przynależności ideologicznej skąd też
ksywa, która później zresztą przyjęła się całkiem powszechnie. To bełkotanie
było umyślne i bezczelne śmiem twierdzić, ponieważ wiedział, że jestem Polakiem
i musiał też wiedzieć jak mówić żeby obcokrajowiec usłyszał wyłącznie bełkot.
Jak się zresztą później okazało potrafił mówić zupełnie zrozumiale kiedy czegoś
chciał. Samo już wyznanie, że jest się
komunistą w obecności Polaka to prowokacja, to tak jakby się Żydowi chwalić
uwielbieniem dla Hitlera i to też mnie zdenerwowało choć teraz myślę, że to
ostatnie nie było już zamierzone, a wynikało raczej z naturalnego braku empatii
oraz ciężkiej ignorancji w sprawach historii.
Komunistę zresztą zostawmy z tyłu na razie tymczasem pojechałem z
Dunkanem i rodzinką ich pięknym samochodem, nie pytaj jaki bi ci powiem, że był
czarny i przestronny nie wymagaj więcej bo choć przyznaję, że jest w tym coś
substancjonalnie niemęskiego nigdy jednak nie nauczyłem się rozpoznawać marek
samochodów ani w ogóle nie nabrałem nawyku zwracania na to uwagi. Chyba, że
jest to mercedes, ale każdy zwraca uwagę na swoje marzenia w realu, no nie
? Tymczasem pojechaliśmy w wymienionym składzie plus dwa
pieski kanapowe, zktórych jeden natychmiast wpakował mi się na kolana
wycierając dupę w mój sweter. Słońce świeciło jasno, było lato i nikt nie szedł
jutro do pracy – ideał. Wyprawa bardzo udana choć dla mnie dość niezwykła o
czym później. Haddington składa się generalnie z dwóch zabytkowych ulic i
jakichś przyległych osiedli domeczkowych. Pod tym względem do złudzenia
przypomina St. Andrews gdzie mieszkałem przez jakiś czas zeszłego lata. Na
samym początku odwiedziliśmy charity shop. To taki sklep, w którym sprzedaje
się rzeczy z drugiej ręki, ale nie tylko ciuchy jak w Polsce, ale wszystko :
książki, kubki, porcelanę i szkło płyty, vinyle, gry planszowe i wszelkie inne
badziewie. Największą zaletą tych
sklepów jest oczywiście fakt, że wszystko jest tam bardzo tanie. Miałem jeszcze dychę więc zaszalałem. Kupiłem
sobie Thomasa Bergera „Powrót Małego Wielkiego Człowieka” . Wprost nie mogłem
uwierzyć własnym oczom kiedy zobaczyłem to na półce jakimś cudem nie miałem
pojęcia o istnieniu sikwela do jednej z najważniejszych książek mojego życia.
Kupiłbym to nawet za całą ostatnią dychę jakby trzeba było. Jednak nie trzeba było wziąłem więc sobie
jeszcze słownik synonimów Thesaurusa i śmieszną świeczkę w kieliszku z wtopioną
różą i już miałem wychodzić kiedy ją zobaczyłem. Jest z miękkiej, czarnej
skóry, jest elegancka, ciepła i męska, akurat na mnie. Cena 5 Funtów.
Dziewczyny mówią, że wyglądam w niej extra i w ogóle sprawiam wrażenie gościa,
który ma w swoim posiadaniu co najmniej kilka porządnych skórzanych kurtek, cóż
nie zależało mi szczególnie na wyprowadzaniu ich z błędu powiedziałem więc, że
ta ma szczególny krój jakiego nie ma jeszcze w mojej kolekcji i wziąwszy kurtkę
pomaszerowałem do kasy. Położyłem to wszystko na ladzie, a dwóch
gapowatych, długowłosych expedientów skasowało książki i świeczki i cztery
pięćdziesiąt mówią. Cóż, wyznam, że zawahałem się zaledwie przez ułamek sekundy
po czym zapłaciłem, capnąłem kurtkę jak swoją
i wyszedłem ze sklepu. Zaważył
może fakt, że Bank of Scotland spłatał mi ostatnio brzydkiego psikusa i moje
pieniądze wiszą gdzieś w przestrzeni wirtualnej nie dostępne dla mnie, ani dla
nikogo w ogóle. To jednak oczywiście usprawiedliwienie się po fakcie i
bezwstydne szukanie wymówek dla własnych postępków darujmy sobie więc może już
w tym punkcie. Może nawet ta obłuda uszłaby jeszcze na mój prywatny użytek gdyby
nie dalszy, bardziej niepokojący ciąg tej historii, którzy karze mi spojrzeć z
zupełnie innej perspektywy na pytanie kim jestem i możliwych na nie odpowiedzi.
Kiedy wróciliśmy do klasztoru wyjąłem kurtkę z bagażnika i jeszcze raz
spojrzałem na metkę zanim ją urwałem. 24.99 stało jak byk, wołami ! Dlaczego
przedtem w tym miejscu widziałem 5 ? Stałem
przez chwilę na klasztornym dziedzińcu wpatrując się uporczywie w owe 24.99
jakbym się spodziewał, że zaraz przemieni się w 5 i będę mógł odetchnąć z ulgą
winiąc za wszystko Bank of Scotland, aż ktoś trącił mnie w ramię pytając czy
wszystko w porządku. „Nie wiem” powiedziałem, a oto jak było naprawdę. : Tak
bardzo pragnąłem tej kurtki, że uległem swego rodzaju autohipnozie.
Zasugerowałem więc sam sobie cenę na jaką mnie stać. Na tym etapie chodziło
tylko o to aby doprowadzić mnie z nią do kasy. Następnie położyłem ją na
ladzie, ale trochę obok, metką w dół, w sposób, który sugerował, że to moja
własność co wystarczyło żeby zmylić gapowatych sprzedawców. Dalej wodze
przejmuje już moje świadome ja, które musi już tylko przekonać sumienie, że
pięć funtów to nie grzech i wyjść ze sklepu plotąc już sieć andronów o złych
bankach, w którą złapią się wszelkie późniejsze wyrzuty moralne. Nie wiem co powiedzieć i czuję się jak Jonny Depp w filmie „Ukryte Okno” z tą
tylko różnicą, że ja namierzyłem „tego drugiego” zanim jakakolwiek przypadkowa
ofiara pokazała światu co tak naprawdę ma w głowie. Ja to ktoś inny. Wojaczek ?
Nie, sam się pod tym muszę podpisać. Jak to szło ?
Nie
wiem kto, ale wiem, że jest ktoś kto zawładnął moim , życiem, śmiercią, tą
kartką….
A więc jednak schizofrenia… a może to
normalne ? Normalne ? Nie zależnie od odpowiedzi dawno nie ukradłem czegoś tak
drogiego, siedziałem za mniejsze rzeczy i ogólnie potem jakiś czas byłem
grzeczny aż tu nagle pośród medytacji i klasztornych modłów robię skok roku i
to na sklep dobroczynny… Fuck Sake ! Czarna, skurzana kurtka przycupnęła koło
mnie na ławce jak wielki czarny kruk
– Kres I krach.
- Kres i krach.
Cała
wyprawa okazałą się zresztą wielkim towarzyskim sukcesem. Dunkan jest wykładowcą literatury, jego
urocza żona Mina skończyła Filologię Angielską, dzieczęta może nie jeszcze tak
wykształcone, ale bez wątpienia bardzo inteligentne gotowe zawsze wtrącić jakąś
błyskotliwą uwagę lub zadać właściwe pytanie z doskonałym wyczuciem czasu.
Kiedy więc już bezpiecznie przebrnęliśmy przez tematy Polsko Szkockie okazało
się, że naprawdę mamy o czym rozmawiać. Dunkan od ośmiu lat pracuje nad własnym
scenariuszem, a więc i Bułhakow, który przeszedł do historii z rekordowym
czasem pracy nad swoim największym dziełem i pisanie w ogóle, mitologia a więc
i Ulisses Jamesa Joysa, Parandowski, Eliot, Stead i inni goście, których
nazwisk brzmienie pieści ucho kulturalnego człowieka. Na niezręczne pauzy nie
było miejsca, ale też każdy mieścił się w swoim czasie, żeby reszcie dać dojść
do głosu. Perfekcja. Dunkan jest już
drugą inteligentną osobą, której udało mi się wyperswadować wiarę w kompetencje
maszyn do sprawowania władzy. W obliczu nadchodzącej wielkimi krokami ery
dominacji maszyn nad ludźmi temat jest ostatnio modny. Wielu skłania się ku
twierdzeniu, że maszyny mają większe kompetencje do rządzenia światem niż
ludzie. To poddawanie tej ostatniej bitwy naszej rasy bez walki budzi moje
głębokie oburzenie i poczucie zdrady. Pogląd jest przy tym stosunkowo łatwy do obalenia
więc aż dziw bierze, że jak wielu inteligentnych ludzi w tym wielu bardzo
bogatych, a także ludzi władzy tak uważa.
To rodzaj współczesnego komunizmu jednak szukanie utopii w opiekuńczych
objęciach superkomputerów może w ciągu kolejnych dwudziestu lat stać się
ostatnią iluzją ludzkości. Obrońcy tej dziwnej komputerowej wiary stawiają
zapory ogniowe, których główną siłą jest punktowanie wad ludzkich takich jak
egoizm, prywata, niekompetencja, nepotyzm etc. Za tą palisadą ludzkich słabości
Dunkan przetrwał moją pierwszą szarżę i po tym jak przywołanie ściśle
matematycznej polityki gospodarczej III Rzeszy nie przyniosło skutku odpuściłem
chwilowo bynajmniej jednak nie zapominając o sprawie, przyczaiłem się tylko
czekając na sposobność. Takowa nadarzyła się kiedy siedzieliśmy w kawiarni w
Haggington i omawialiśmy moje aktualne kłopoty z Bank of Scotland.
„To wszystko dlatego, że teraz nie
decydują tam ludzie jak kiedyś, ale system i maszyny.” Stwierdził Dunkan co było oczywistym
podsumowaniem tego wątku. Teraz wystarczyło już tylko przywołać pozornie
zapomnianą dyskusję i serdecznie podziękować za ten przejaw zdrowego rozsądku. Dunkanowi
oręż wypadł z dłoni, kiedy zrozumiał, że godzi nim w samego siebie i razem z
nami śmiał się z tej swojej drobnej porażki. To było bardzo odświerzające bo
otworzyło drogę do rozmów o humanizmie i wartości człowieka jako jednostki, a
więc i do całego bezcennego antyku.
Wróciliśmy akurat na lunch tu znowu intensywna
konwersacja z Jimem, tym który pożyczył mi tomik poezji Gerarda Hopkinsa. A
więc o Hopkinsie, poezji Wojtyły i poezji w ogóle. Ze zdumieniem dowiedziałem
się, że teatr w Edynburgu gra sztuki naszego papieża. Ciekawe czemu w rzekomo
tak uwielbiającej go Polsce nie da się tego znaleźć ? Potem trudna przeszłość
Poczdam i Jałta, za którą wyrok historii stał… Nie muszę chyba mówić, że po
lunchu byłem tak wycieńczony tym bezustannym mieleniem ozorem i słuchaniem
mądrych wypowiedzi, że wpełzłem gdzie przeleżałem prawie dwie godziny w
letargicznym pół śnie.
Obudziłem się około trzeciej i zabrałem za zaległości
w pisaniu. Odwiedziłem też przyklasztorny sklepik w poszukiwaniu kawy. Kawy nie
było, ale pani ze sklepiku odsypała mi pół słoika z własnych zapasów. Takie
rzeczy tylko w Nunraw. Kupiłem za to porządny fajnie pstrykający długopis,
którym teraz piszę za funta i medalik z matką boską za dziesięć p. Siedzę teraz
na ławce i piszę a Mina i jej córka karmią mnie malinami. Jakoś nie martwi mnie
fakt, że jestem spłukany.
Kolacja
i nieuniknione pytanie – jak długo planuję zostać. Zacząłem coś kręcić o piątku
zerkając nie wiedzieć czemu na zegarek. Dowiedziałem się, że mój pokój jest
potrzebny właśnie w piątek. Pozostają mi więc tylko dwie opcje kupić namiot,
albo wracać do domu. Jeszcze pomyślimy, tymczasem wyprawa.
To
była wyprawa co się zowie. Trzy godziny wędrówki przez knieje, aż dziw czego
potrafię dokonać kiedy jest pogoda. Łąki, pola, wspinanie się na wzgórza z
ogniem w nogach i oczach, ale niesamowitym spokojem w głowie. Dawny problemowy,
zakłamany, chorujący na depresję ja został daleko w tyle. Jaźń społeczna –
Błażej cywilizowany wyłączył się i roztopił będąc z natury swojej tylko iluzją
świadomości, został ten drugi i Chryste on jest boski kiedy da się poznać.
Pieprzony Nietzche’ański nadczłowiek. O
mało jednak nie spieprzyłbym całej wyprawy prosząc Mary Clair, która coraz
bardziej mi się podoba, żeby poszła ze mną. Mary spała akurat na kanapie w
salonie więc ją obudziłem, w jej zaspanych oczach można było wyczytać wszystko
oprócz ochoty na wędrówkę po kniejach. Dałem więc jej spać, a słońce, wiatr,
zapachy kwiatów, ziół, drzew, zwierząt i łąk , całą ta magia zapachów, która
jest esencją późnego lata szybko wywiała mi z głowy o niej i w ogóle o
wszystkim co łączy mnie jakkolwiek z kimkolwiek na tym łez padole zostawiając
pole dla jaźni tak czystej i wolnej jak to tylko możliwe.
Trasa, którą wybrałem była zresztą
wybitnie nie dla dziewczyn. Coś dla Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy raczej. Trzy
i pół godziny, ale wyznaczonego celu nie udało się osiągnąć, raz dlatego , że
zmyliłem drogę, zrobiłem wielkie kółko i znalazłem się w punkcie wyjścia. To
może brzmieć śmiesznie i w sumie jest, ale przekroczyłem strumień w taki
sposób, że wyszedłem z tej samej strony, z której wszedłem. Przeszedłem więc jeszcze raz. Strumień
znajduje się na dnie głębokiego wąwozu, którego ściany wznoszą się niemal
pionowo więc nie jest to takie hop siup. Później wyszedłem na łąki i prawie
zderzyłem się z sarną i zającem, które zupełnie nie spodziewały się mnie z
kierunku, z którego przyszedłem.
Wspiąłem się na następne wzgórze, które w moim przekonaniu było moją
górą przeznaczenia, tylko po to żeby się dowiedzieć, że jest ona jeszcze o
kilka mil do przodu. Słońce już zachodziło i jeśli nie chciałem nocować w lesie
to musiałem wracać do klasztoru. Nie mówię żeby perspektywa spania w lesie była
mi szczególnie straszna jednak po co to robić jeśli ma się wygodne łóżko do
dyspozycji, zresztą patrzę na łąki, pola lasy i wzgórza z dziwnym uczuciem
przynależności, które mówi mi, że jeszcze nie jedną noc tak spędzę, ale wtedy
nie będzie już ani pokoju, ani pokoju. Tymczasem jednak okrążyłem znowu polami
i spotykając po drodze trzy konie i stado owiec. Jeden z koni, czarny ogier dał
się pogłaskać i przytulić. Kusiło mnie żeby wskoczyć na niego sposobem znanym
od ojca i pojeździć na oklep. Poniechałem jednak bo byłoby to karygodne
nadużycie zaufania na pierwszej randce.
Poszedłem więc i znów stoczyłem na dno wąwozu i przekroczyłem strumień
szczęśliwie w takim miejscu, że wynurzyłem się z dziczy na klasztornym
podwórku. To ostatnie podejście było naprawdę trudne wyszedłem więc brudny,
zabłocony, przepocony i szczęśliwy. Potem padłem na najbliższą ławkę i
odpoczywałem chwilę przeglądając slajdy wspomnień pod przymkniętymi oczami.
Dlaczego nie mam aparatu ? Myślę teraz. Taka mała rzecz, na wyposażeniu każdego
niemal telefonu, a ja nie ma, dlaczego ? Mam za to zeszyt i pamiątkowy
długopis, który świetnie pstryka i jeszcze lepiej pisze, zwłaszcza we właściwej
dłoni. Zaczaruję więc wszystko co widzę zaklinając dziesięć tysięcy rzeczy trzydziestoma
dwoma literami polskiego alfabetu i nigdy mi nie uciekną. Najadłem się i
nasyciłem latem. Chłonąłem je oddechem, oczami, uszami i wszystkimi porami
skóry , ale przede wszystkim nosem. To zapach jest kluczem do świata przyrody.
Wszystko co żyje opowiada o sobie swoim zapachem. Dlatego jest on kluczowym
zmysłem dla zwierząt zamiast wzroku jak u ludzi. Może właśnie to upośledzenie
najważniejszego ze zmysłów umożliwiło nam stworzenie cywilizacji i zamknięcie
się w cuchnących miastach, gdzie odseparowani od wszystkiego co żyje i czuje
szkłem i betonem, nie mniej oddzieleni od siebie nawzajem niż od reszty
żyjącego świata, oddzieleni nawet od siebie w sobie bez własnego centrum,
odseparowani, zdecentralizowani i zatomizowani żyjemy sobie jak szczury w akwarium.
Kiedy
odpoczywałem nadeszła stareńka Angielka w towarzystwie brodatego młodzieńca z
Włoch. Angielka paplała o wszystkim, a Włoch przytakiwał jej nieodmiennie
zachwycony, nawet gdy opowiadała o pogrzebie w rodzinnej wsi pod Londynem, na
którym to dowiedziała się kto z kim się ożenił i z jakiej klasy, a kto za kogo
za mąż. Dostrzegłem coś w rodzaju zeszytu A4 pod jego pachą, a nie chcąc
pozwolić Angielce zagłębić się w detale kolejnych ślubów i pogrzebów zapytałem
czy jest malarzem czy pisarzem. Kula w płot. Gość miał tam jakieś włoskie
modlitwy, które tłumaczył na Angielski. „Wolontariat” podkreślił kilka razy
zerkając nieśmiało na staruszkę zapewne w oczekiwaniu pochwały, której się
jednak nie doczekał bo bies we mnie wstąpił i powiedziałem, że wszyscy niebawem
będą wolontariuszami w Italii, która właśnie wesoło bankrutuje. To ubawiło Angielkę i speszyło z natury
peszliwego Włocha. Był akurat czas na
wieczorną herbatę i ciastka, spotkanie które z reguły kończy życie towarzyskie
w Nunraw weszliśmy więc do środka. Pobiegłem najpierw szybko na górę szybko się
umyć i oczyścić. Jak na to co wyprawiałem byłem wyjątkowo w jednym kawałku,
straciłem tylko paznokieć małego palca u prawej nogi – a więc to to bolało !
Pewnie jak szedłem strumieniem pochylając się pod wiszącymi nisko konarami
drzew i zwalonymi pniami, fajnie.
Poszedłem
więc na tą herbatę. W salonie towarzystwo tradycyjnie rozbite na grupki i
parki. Mary Clair gra z małym Jackiem w szachy. Dosiadłem się oczywiście od
razu opowiadając o swoich przygodach ubarwiając conieco swoje spotkania ze
zwierzętami i podkreślając co chwila „dobrze, że nie poszłaś, nie dałabyś rady”
niech ma dziewucha. Ona czuje się cudownie niezależną artystką i aktorką, która
nie odnosi nawet talerzyka ze stołu taka jest cudowna, niech wie że
niekoniecznie. Tak do końca mi to jednak nie wyszło bo była zabawa wokół małego
Jacka i jego nauki gry w szachy. Konfiguracja dwójka dorosłych i dziecko tworzy
naturalny podtekst, który mnie skusił i był mi bardzo na rękę. Udało mi się
więc usiąść bliziutko u jej stóp i nawet wymienić kilka spojrzeń, które
nazwałbym znaczącymi gdyby nie fakt, że lata postu nauczyły mnie niczego sobie
nie obiecywać, w żadnym wypadku na nic nie liczyć i ogólnie trzymać się twardo
okopów pesymizmu obronnego. Mary Clair
zmyła się w końcu, a ja nauczyłem Jacka grać w pstrykanego. Był zachwycony. Jak
każde dziecko pokochał tą grę od pierwszego pstryknięcia.. Sam się zresztą
dobrze bawiłem folgując swojemu a-wychowawczemu podejściu do dzieci. Dzieci
spotykają moje wewnętrzne dziecko. Dorosły zostaje z boku ale pod ręką. Bardzo
użyteczny posiadający wszystkie klucze, siłę wiedzę i uprawnienia osoby
dorosłej. Super użyteczne narzędzie dla dwójki dzieci, które chcą po prostu
robić co im się podoba.
Na
ostatnim szlugu Komunista powiedział mi, że pięciodniowy maximum pobyt jest
tutaj zasadą. Rzecz zrozumiała w sumie bo każdy zostałby przez rok i miejsce by
się zaczopowało. Gorzej, że można tu przyjechać tylko trzy razy w roku z
minimum trzymiesięczną przerwą między pobytami. Jednak informacje tę należy
sprawdzić bo Komunista jest fantastą, który często gada od rzeczy. No nic czas
spać, może jeszcze pomedytuję, nie wiem.
Wziąłem
jeszcze prysznic upragniony. Wprawdzie pakując się nie pomyślałem o zaopatrzeniu
się w mydło na tygodniową wyprawę nie wiadomo dokąd nie mówiąc już o ręczniku.
Ale małpa nie ciele od czego mydło w umywalce. Kubeczek nawet stał usłużnie na
półeczce. Psik Psik… po około czterech marnych psikach mydło skończyło się więc
szust do drugiej łazienki, tu już pod dostatkiem różowych pachnideł. O mało
mnie na tej akcji nie przyłapano, bo w ferworze zapomniałem zamknąć drzwi od
łazienki. Błażej. Prysznic jednak super. Powąchałem koszulkę. Pachnie liśćmi,
końmi, trawą i świeżym potem, pachnie zabójczo. Aż mi szkoda wrzucać ją do
brudów. Cóż zrobić, ale musiałem ten zapach uwiecznić na papierze chociaż.
Teraz koszulka z Cze, założę się, że wzbudzi sensację, a już Komunista na pewno
ją skomentuje. Ale to już jutro.
Noc
ciężka, nie mogłem zasnąć bo zapomniałem zjeść tabletki, przypomniałem sobie
więc i szybko zjadłem, ale ona potrzebuje godz. dwie żeby zadziałać. Przez ten
czas dobrze znana męka i wirowanie jak śrubokręt w zmiętej, zmątlonej pościeli.
Obudziłem się o szóstej przepocony i zmarznięty.
wypaliłem pół fajki i wróciłem do łóżka.
Spałem do porannej mszy. Śniła mi się bezdomność, ale ten bezdomny, który mi
się śnił udawał. W rzeczywistości był przebranym agentem, który obserwował
mafiozę mieszkającego w willi naprzeciwko jego żebraczej miejscówki. Pamiętam
też, że jechałem autobusem. Pamiętam trudną sytuację finansową i konieczność
znalezienia pracycdlem łatania trzeszczącego budżetu. Ten dom, do którego
jechałem to był Pilon. W środku jednak zabunkrował się jakiś bezdomny, miał
moje szlugi (czerwone Sobieskie) i pamiętam, że miałem do niego żal, że
przetrwonił moje pieniądze. Chciałem się go pozbyć. Wysłałem więc uzbrojonego
zabójcę, ale on wyszedł po chwili i powiedział, że sami powinniśmy posłuchać tego
człowieka. Jest bowiem tak żałosny i biedny, że on nie ptrafi go skrzywdzić. Wszedłem
więc sam… nie najpierw wysłałem tego bezdomnego-agenta powiedziałem mu, że ten w środku ma herę i że
jak już z nim skończy to będzie mógł zatrzymać towar. Jednak bezdomny z Pilona
tak przekonywująco błagał o życie, że kolejny morderca nie miał serca go zabić.
W końcu poszedłem więc sam i kategorycznie zażądałem zwrotu moich papierosów i
natychmiastowego zniknięcia z mojego życia.. Wówczas doznałem silnego poczucia
zagrożenia. Wiedziałem, że jestem w niebezpieczeństwie. Ten bezdomny sam był
mordercą, a ja właśnie się odsłoniłem. Poczułem strach. Zadzwonił budzik.
09.08.12
Msza
znowu ze starym kozłem, który przewleka niemiłosiernie stałe elementy. Czuję,
że umieram, wszystko mnie boli i jestem niewyspany, a kozieł wyje opętany
Bogiem, lub tylko w niego wiarą. Msza,
która zmieściłaby się w 20 min trwa czterdzieści pięć. Jestem głodny. Zastanawiam się jakie jeszcze sposoby
expresji swej wiary można by wymyślić, może jeszcze bardziej irytujące lub
bardziej zabawne jak się jest w odpowiednim nastroju. A widziałem już tego
trochę. Widziałem płaczących i tarzających się po ziemi, murzynów wrzeszczących na całe gardło
potężnymi czarnymi głosami, zapewne w przekonaniu, że stary Bóg niedosłyszy tam daleko w górze.
Widziałem mówiących językami i widziałem zmartwychwstańców po śmierci
klinicznej, których każdym słowem była modlitwa przerywana potokami
szczęśliwych łez. Ale starego kozła w
habicie beczącego przed ołtarzem nie widziałem dotąd nigdy, słowo daję.
Po
mszy Mina zaczepia mnie na schodach i mówi, że cudownie się jej koło mnie stało
bo emanuje ze mnie energia duchowa. Zdębiałem. Być może zresztą wyemanowałem
już zbyt dużo i zaczynam mieć omamy słuchowe. Albo może też być tak, że to ten
drugi czuje się świetnie i emanuje sobie w najlepsze wszystkim co ma pod ręką
dla mnie zostawiając wyłącznie uczucie głodu, irytacji i zmęczenia kiedy patrzę
jak Kozieł bierze hostię, wkłada do paszczy i żuje długo i z mozołem niczym wiązkę
starej słomy.
Dunkan
zaprosił mnie na wyprawę z rodziną, ruszamy za pół godziny. Tymczasem „pomagam”
bratu Patrykowi skosić trawnik i czytam
wiersze Marii Murthy przy pomocy Agnes, która tłumaczy mi je z Angielskiego na
nasze. Maria Murthy jest uznaną szkocką poetką i mamą jednej z kręcących się
dookoła dziewcząt , ale nie jestem pewien, której za dużo ich tutaj w dodatku w
tym stadku jest nieustanna rotacja, ktoś wyjeżdża, ktoś przyjeżdża i jedną
ładną uśmiechniętą buzię zastępuje znienacka inną przy stole więc trudno się w
tym połapać .
Spacer
okazał się katastrofą, zaraz opowiem jak to było. Ruszyliśmy wielką watahą
uzupełnioną w pół drogi przez zapomnianego w tyle Komunistę, który nadbiegł
zdyszany. Był Dunkan, Mina, Jim, Włoch, Komunista, Mary Clair, Mary Ann, Ann
coś tam, ta dziewczyna z bobasem, jeszcze jedna młoda dziewczyna, która rzadko
się odzywa, Mały Jak i ja. Nie tak sobie wprawdzie to wyobrażałem, ogólnie mam
tendencję do czucia się źle dokładnie proporcjonalnie do wielkości grupy,
której jestem częścią. Dlatego preferuję wyprawy samotne lub we dwoje, bo dwoje
to nie grupa lecz tandem troje też przy odrobinie szczęścia może być tercetem
nie grupą ale od czterech wzwyż może być już tylko gorzej.
Początkowo utknąłem z Dunkanem i
Komunistą, który rozprawiał o tym, że Stalin był wielkim człowiekiem i
geniuszem, który dowiódł swojej wielkości wymyślając specjalne małe domy, w
których ludzie rośli mali, nie buntowali się i generalnie dzięki temu łatwiej
było niemi rządzić. Pogodziłem się już z faktem, że Komunista jest idiotą, a
wziąwszy pod uwagę jego nie taki już młody mimo pozornej wesołkowatości wiek
wątpliwe jest żeby ktoś miał jeszcze szansę ten stan rzeczy zmienić. Potem
jednak spojrzałem na Dunkana i osłupiałem. Albinos łyknął to wszystko z poważną
miną po czym powiedział :
„Jaka szkoda, że Stalin nie
poświęcił swojego geniuszu dla światowego dobra i pokoju, tylko pomyślcie ile
by zdziałał dobrego” . Cóż myślę, że w obliczu takich andronów należy zachować
milczenie można też jednak pokusić się o krótką mowę w stylu Davida Mitchella
konfrontując idealistyczne mrzonki i inne dyrdymały z brutalną rzeczywistością
w sposób możliwie najbardziej brutalny. To też zrobiłem i zrównałem ich do
trawy, co było błędem, bowiem z podziemi natychmiast wypełzła zmora
pseudopsychologji głoszącej, że każdy nawet największy tyran i morderca może
doznać duchowej przemiany i oświecenia. Ot na ten przykład był pewien tybetański
król, ciągnął Dunkan, który był bardzo
okrutnym tyranem jak cały jego wojowniczy i krwiożerczy naród, jednak pewnego
dnia doznał właśnie takiej duchowej przemiany i odtąd on i jego poddani stali
się narodem miłującym pokój jakim pozostał Tybet do dzisiaj. Dlatego właśnie
Tybet nie walczył z inwazją Chin. To ostatnie miało być argumentem nie do
zbicia uwiarygadniającym przytoczoną historię faktami, które wszyscy powszechnie
znamy. Trik o tyle nie przyklejalny co nie prawdziwy. Tak zwane bowiem „fakty
powszechnie znane” są w tym wypadku wyłącznie owocem Chińskiej w szczególe, a komunistycznej w ogóle, propagandy. Ale
przecież to drobiazg przy całej reszcie, której wyczerpany Mitchellowaniem nie
miałem już nawet siły zwalczać. Poza tym czy można jeszcze coś na to powiedzieć
? Patrzyłem więc tylko na Dunkana i zastanawiałem się gdzie są jego rodzice i
dlaczego pozwolili mu samemu oddalać się od domu. Szybko też uciekłem od nich o stworzyłem
tandem z Miną Znowu mieliliśmy ozorami jak najęci o literaturze i życiu.
Opowiedziałem jej nawet o swojej mamie pisarce i że tęsknię za dziećmi. Ogólnie
zgroza. Jednocześnie ze złością obserwowałem Włocha , który przykleił się do
Mary Clair. Cicha woda psia krew. Doszliśmy więc do jakiegoś punktu na drodze i
zaczęliśmy wracać. Nie, nic tam nie było, ot odcinek lekko pod górkę za czymś,
przed czymś i koło czegoś, ale w żadnym razie nie gdzieś. Bezsens takiego
posunięcia podziałał na mnie wybitnie przygnębiająco. Podczas
przebiegunowywania kierunków doszło do zwykłego w takich wypadkach zamieszania,
które skwapliwie wykorzystałem tworząc parkę z Mary Clair. Brodaty Włoch się
zagapił i jego strata. Hehe. Do tej pory zerkałem za małym Jackiem, który
oscylował między grupkami i był niepokojąco trudno uchwytny. Teraz jednak
interesowały mnie już tylko płowo-błękitne oczy na piegowatej twarzy i opowiadanie
o kontakcie z naturą, co jednak odczułem nieprzyjemnie jako sprostytuowanie
mojej intymności w celu zaimponowania dziewczynie. Przeszliśmy więc na filmy,
które z kolei zgotowały mi przykrą niespodziankę ze swej mnogości gdy okazało
się, że ani jednego pod ręką nie oglądaliśmy razem. Gdzieś tam przemknęła
Trylogia Tolkiena, jednak był to temat zakazany gdyż mówiąc o filmie musiałbym
zapytać o książkę, a odpowiedź na to pytanie już znałem, bowiem wnioskując po
sposobie szukania porównań i wrażliwości, oczytanie nie było jedną z licznych
zalet pięknej Mary. Potem poszliśmy na plac zabaw i bujaliśmy się na konikach.
Super niby, dlaczego tylko rzucałem nią jak workiem kartofli, aż przerażona
dziewczyna zeszła z bujaczki i uciekła. Następnie zrobiłem z tysiąc głupich
rzeczy, które ostatecznie zatopiły nasz wątły stateczek miłości na samo dno
oceanu. Pokazałem mianowicie, że potrafię zrobić wymyk, salto, serię gwiazd, a
także skakać z dużych wysokości nie robiąc sobie przy tym krzywdy. Teraz gdy to
wspominam myślę, że najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie tylko ona przy
tym była. Cóż ten drugi, szara eminencja mojego życia, nie życzy sobie najwyraźniej żadnych romansów, chyba jaśniej
nie mógł się już wyrazić. Lepiej jednak niech jak najszybciej zacznie sobie życzyć
bo inaczej mam przejebane. Tak
wyrabiałem dopóki nie zebraliśmy się i nie ruszyliśmy w dalszą drogę
powrotną. Cały czas szalałem koło Mary
jednak teraz przyłączyła się do nas Ann, córka Miny. Szliśmy w tylnej straży i
byliśmy może z 200 m przed klasztorem kiedy zapytałem gdzie jest mały wielki
człowiek. Nie żebym naprawdę był
zmartwiony. Nie było go z nami więc założyłem, że musi być z przodu. Pytanie
więc miało raczej charakter rutynowy. Rutynowe czy nie okazało się pytaniem, na
które nikt nie znał odpowiedzi. Więc albo mały Jack jakimś cudem dotarł do
klasztoru przed nami albo… zostawiliśmy dziecko na placu zabaw z pół godziny
temu. Było nas z dziesięciu dorosłych, trzeźwych ludzi i nie potrafiliśmy
upilnować jednego dziecka. Inteligencja grupy to średnia inteligencja jej
członków podzielona przez jej liczebność.
Muszę przyznać, że nie pamiętam czy byłem kiedykolwiek świadkiem
lepszego potwierdzenia tej żartobliwej tezy. Jak to się mogło stać? Przecież
większość z nas miała już doświadczenie jako rodzice. Ano to tak jak z
genialnym Stalinem, który małe domki budował i poetą który salta robił i
gwiazdy przed trzpiotowatą aktoreczką, a wszystko to pod wodzą mądrego
króla Tybetu, który nakazał nam miłować
się nawzajem. Oczywiście zaraz ruszyła axpedycja poszukiwawcza w składzie
Dunkan, Jim i Komunista, reszta zaś została na drodze bojąc się pokazać w
klasztorze bez dzieciaka. Zwłaszcza Mina miała z tym problem bo wypożyczyła
Jacka od dziadka na własną odpowiedzialność. Staliśmy tak ze dwadzieścia minut,
co niektórzy w tym Mary Clair i przeklęty brodaty Włoch wymknęli się
zdradziecko przed czasem i popijali już pewnie kawę w klasztorze. Ci co
pozostali mielili natomiast nieprzerwanie ozorami próbując dokonać rzeczy nie
możliwej mianowicie znaleźć dla siebie jakieś usprawiedliwienie.
Jim
powiedział, że znaleźli małego Jacka idącego przez wieś. „Dlaczego mnie
zostawiliście” pytał. Potem przy obiedzie był bardzo milczący, dziobał ryż i z
nikim nie chciał rozmawiać. Nic dziwnego. Ja sam straciłem ochotę na życie
towarzyskie i gdy po obiedzie Jane powiedziała, że czasami lepiej przestać
ciągle gadać i pobyć trochę samemu oświadczyłem, że zgadzam się z nią w pełni i
przy tych łowach wyszedłem. Uciekłem pisać próbując odnaleźć wczorajszego
siebie, czy może siebie w ogóle. Jednak Dunkan mnie uprzedził i odnalazł mnie
pierwszy. Przepraszał za nieporozumienie z Komunistą. Moja irytacja widocznie
nie dała się ukryć mimo wszystkiego co było potem. Nie udało mi się wyłgać od
konwersacji bo znaczyłoby to, że chowam urazę więc jedynym wyjściem na zakopanie
topora wojennego było mielenie ozorem przez następne półtora godziny razem z
Miną, która przyłączyła się już na samym początku. W końcu przyszedł Komunista,
a ja wykorzystałem zamieszanie jakie ten człowiek zwykle wokół siebie wytwarza
i uciekłem. Ale i tak gębę mam całą obolałą od nieustannego gadania „mądrości”.
Tak oto na modlitwie i medytacji upływają
mi klasztorne dni.
Czarna, skurzana kurtka przycupnęła koło
mnie jak wielki czarny kruk.
Kres i krach.
Kres i krach.
Teraz siedzę na równo zasianym
przez brata Patryka trawniku i nie wiem co z sobą zrobić. Chyba zaczekam na
kolację i wówczas zajmę się czymś na serio. Tymczasem spotkałem ojca Rajmunda i
poprosiłem o pobłogosławienie mojego medalika. Stał gawędząc z Marią Murthy,
Jimem i kimś jeszcze. Wygłosił pięciosekundową formułkę praktycznie nie
przerywając konwersacji. Trudno sobie wyobrazić żeby to coś znaczyło.
Dunkan
pojechał do miasteczka Haggington obiecał po drodze rozejrzeć się za moim
swetrem, którego zapatrzony w Mary Clair zapomniałem zabrać z placu zabaw.
Dałem m u też swoją kartę, żeby sprawdził czy na moim koncie coś drgnęło i
kupił jakieś słodycze w ramach repatriacji dla Jacka. Głupio powiesz i to po
tym wszystkim… ale komuś przecież ufać trzeba do cholery na tym bożym świecie. Idę teraz pomedytować i posiedzę do kolacji,
niech się dzieje co chce.
Jestem
wściekły i jestem zły. Dunkan raportuje, że na moim koncie wciąż nie ma
pieniędzy. Nie mogę też złapać zasięgu, żeby połączyć się z ojcem. Ruszam na
wyprawę szukać zasięgu. Brak mi słów.
Nie musiałem nawet wspinać się na wzgórze,
zasięg złapałem już po drodze do wsi. Wysłałem ojcu wiadomość „oddzwoń” co
uczynił staruszek niezwłocznie. Umówiliśmy się, że odbierze mnie jutro
wieczorem i usiadłem przy drodze nie wiedząc co czynić. Czułem, że na nic już
nie mam ochoty. Depresja ogarnęła mnie czarną chmurą, a spalone niespotykanym w
tym kraju słońcem ciało ogarnęły dreszcze. Chciałem zadzwonić do mamy, ale
poniechałem. Nie chcę się żalić staruszce, że życie jest do bani i to na jej koszt.
Znowu poczuje się winna, że mnie urodziła. Postanowiłem wpełznąć do łóżka i
przespać, lub przeleżeć kryzys, może nawet zrobię sobie dobrze co mi tam.
Wróciłem więc do siebie i po
majaczyłem z półtora godziny . Dobrze sobie w końcu nie zrobiłem, nie miałem
siły.
Obudziłem się około 7.30 i
odpuściwszy sobie wieczorne nabożeństwo uciekłem w lekturę. Thomas Berger mnie
nie zawiódł. Proza soczysta i jędrna, ale zarazem twarda i męska, taka jaką
lubię. Jack Crabb to typ antybohatera, z którym utożsamiam się błyskawicznie.
Nędza jego położenia już od pierwszych stron łagodzi ból mojej własnej
finansowej, uczuciowej, moralnej i towarzyskiej ruiny.
Po różańcu, który sobie
odpuściłem był wykład o sercu Jezusowym. Przyjechał jakiś gładki grubasek i
przez pierwsze piętnaście minut walczył z wyświetlaczem slajdów próbując
ustawić kolory jednak nie podołał i w końcu wszystko było czerwone. Potem
zaczął wykład od językowych zastosowań słowa „serce” nazywając to nie wiedzieć
czemu symbolizmem. Posiłkował się przy tym ściągniętymi z netu obrazkami serc
złamanych, gorejących, czarnych, szatańskich i jakich tam jeszcze. Nie
dowiedziałem się do czego miało to prowadzić bo gdy dobrnął do Martina Lutra
odreślając go mianem serca szatańskiego, zbuntowanego przeciwko nauce bożej,
opuściłem salę. Nie wróciłem jednak do siebie, miałem sprawę do załatwienia.
Otóż Komunista, który pojechał z Dunkanem do miasta obiecał mi kupić bibułki,
potem mieliśmy się rozliczyć. Od razu wydało mi się podejrzane gdy po powrocie
zażądał 45p za paczkę, z reguły bibułki są o połowę tańsze. Marudził przy tym
jakieś farmazony, że Haggington to małe miasto i dlatego takie drogie. Wczoraj
tam byłem i niczego takiego nie stwierdziłem jednak to sprytne pomieszanie
faktów i fikcji od razu mnie zaalarmowało. Zrozumiałem, że Komunista wcale nie
jest naiwnym idealistą za jakiego chciałby uchodzić, lecz niezgorszym
cwaniakiem z gatunku naszych cinkciarzy, którzy zawsze wiedzieli jak okpić
frajera z zachodu. Odliczyłem jednak żądaną kwotę, a w zamian dostałem wymięte,
wytarte na rogach pudełko, w którym nie było nawet połowy początkowej zawartości. Jako, że transakcja odbywała się
przed wykładem i niemal wszyscy nas obserwowali odpuściłem więc chwilowo i
wziąłem co mi dał jakby nigdy nic. Oto
Komunista dał mi lekcję swojej ideologii w praktyce i sprzedał mi szmelc za
wygórowaną cenę. Mylił się jednak myśląc, że na tym koniec. Zaczaiłem się na
niego i kiedy wyszedł z sali mówię „co ty mi tu próbujesz wcisnąć kolego ?”
Zaczął się tłumaczyć, że musiał pomylić paczki. Poszedł i wrócił po ok.
piętnastu minutach i mówiąc, że gdzieś musiał zgubić tą nową paczkę oddał mi
pieniądze. Prawda zaś jest taka, że nigdy nie kupił żadnych bibułel i po prostu
chciał mnie naciągnąć na drobne co wiem na 100% bo jestem w tym kraju i wiem,
że nie ma takiego świństwa dla którego szkocki żul nie posunąłby się dla
drobnych. Trochę się uśmiałem choć nie
bez poczucia niesmaku. No nic, tabletka zaczyna już działać. Poczytam jeszcze i
lulu, wnioski ogólne jutro. Teraz jest noc. Moja ostatnia noc w Nunraw.
10.08.2012
Spałem mocno, nie bez głupich jakiś snów,
ale twardo i wyspałem się porządnie. Obudziło mnie dopiero dzwonienie na mszę.
Ubrałem się więc pośpiesznie i zbiegłem na dół. Już naciskałem klamkę od
kaplicznych drzwi kiedy ze środka dobiegło mnie znajome beczenie – Kozieł robił
już swoje. „Nie” – powiedziałem sobie, nie dam stratować ostatniego poranka
kopytami komicznych modłów i cichutko, na paluszkach wycofałem się spod drzwi. Teraz chyba zajaram i zacznę się pakować.
Pokój mam zwolnić ok. 10.00, a więc czas najwyższy. Nie spodziewałem się, że na
fajce zdarzy się coś godnego zapisania , a jednak. Otóż przyjechała śmieciarka.
Za piętnaście dziewiąta, nie czwarta trzydzieści, niewiele głośniejsza od
samochodu, nie wyjąca jak ruskij tank i niemal bezwonna. Przypomniałem sobie
„Przebudzenie” i zrozumiałem, że gdziekolwiek pojadę opuszczając ten kraj to
nie będzie Polska.
Czas
pożegnań, pierwsza zawinęła się Agnes. Na pożegnanie dała mi swój wiersz,
dopiero teraz wyjawiła, że sama jest poetką i to w przeciwieństwie do uznanej
„Murthy” zrozumiałą i co tu gadać dobrą. Jej wiersz jest milion razy lepszy niż
wszystkie symbolizmy dialektyczne tej ostatniej. Specjalnie dla mnie napisała
go z pamięci i dołączyła dedykację. Wzruszające. Jest to jeden z niewielu
wierszy napisanych w tym koślawym języku, który ma dla mnie jakąś wartość.
Opowiada o walce dobra ze złem i o byciu po właściwej stronie takie angielskie
„bądź wierny idź” tylko bez „grona
czaszek” i „zabójstwa na śmietniku” co nawet bardziej mi się podoba. Wiersz
mówi prosto, bez wahania stylem pewnym i przejrzystym. Agnes oczywiście nie
publikowała, jakżeby tam. Już widzę zmarszczone nosy filologów. „Banał”
skrzeczą popierdując formą postmoderno-symboliczną. Dałem jej swój adres
prosząc o więcej. Zobaczymy, może napisze.
Mam teraz cały dzień bez swojego pokoju, Ojciec przyjedzie późno
wieczorem, dobrze, że jest Thomas Berger i jego nieśmiertelny Jach Crabb.
Dunkan
z rodziną wyjechali żegnając się gorąco wśród uścisków i pocałunków, może się
jeszcze spotkamy, niewątpliwie wzajemnie tego pragniemy. Mary Clair wyjechała bez pożegnania, ale
przecież po tym co wyczyniałem trudno się jej dziwić, zresztą spójrzmy prawdzie
w oczy jestem facetem, który nie zna się na samochodach i nie lubi futbolu, ze
to nie może się oprzeć pokusie kupienia fikuśnej, najlepiej zapachowej świeczki
jeśli jakąś zobaczy. Więc jeżeli jakimś cudem znajdę w końcu dziewczynę dla
siebie będzie to prawdopodobnie utajona lesbijka.
Jestem
teraz spokojny, chłonę słońce wszystkimi porami skóry, oczami chłonę książkę i
czuję, że jest to jeden z tych rzadkich momentów kiedy on i ja jesteśmy jednym.
NIec nie może mnie teraz przestraszyć , jestem pełny, a więc nieulękły. To jest
to po co tu przyjechałem. Sposób w jaki patrzą na mnie ludzie przy jedynym już
zajętym stole przyjemnie łechcze moją próżność. Wszystkie moje zasoby są mi
dostępne dzisiaj. Nic nie plącze się na końcu języka, nic się nie gubi. Jestem
spokojny, jasny i czysty jak odbicie nieba w niezmąconym lustrze jeziora.
Jestem. Tak rzadko przecież jestem naprawdę tu i teraz. Nie potrzebuję
modlitwy, medytacja jest moim naturalnym stanem ducha. To emanuje ze mnie, widzę to w oczach innych.
Żona i córka Jima przyjechały odebrać starego tatę. Ta córka byłaby moja gdyby
był jeszcze czas, ale czuje, że przecież jej nie chcę, nie chcę kobiet i nie
potrzebuję, uciekam przed nimi, uganianie się za spódnicą niszczy równowagę
duchową, a ja mam coś jeszcze do zrobienia – bycie.
Jestem. To że ktoś powiedział coś o czym
właśnie myślałem jest tak naturalne jakbym sam zapytał.
Jestem. Moralność i dobroć jest naturalnym
stanem ducha, nie ma nic wspólnego z religią, znika gdy wody umysłu są zmącone.
Jestem. Prawo jest dla głupców, którzy bez niego nie wiedzieliby jak się
zachować. A religia… religia jest drabiną dla ludzi zbyt niskich by zapalić
światło.
Słońce
wisi już nisko nad drzewami. Jest 7.30.
Ostatnia tura właśnie odjechała to Jim z rodziną zapakowali się jakimś cudem do
małego, czerwonego samochodzika. Jego córka patrzy na mnie tak znacząco jak to
tylko możliwe. Żegnamy się ciepło wesoło i bez żalu. Klasztor opustoszał jak
teatr po spektaklu. Jest cicho. Faktura przestrzeni rozpręża się i wygładza w
oczekiwaniu na nowych aktorów. Jestem
już tylko ja – samotny aktor, widz, autor na drodze w nieznane. Opuszczam kurtynę zmierzchu ostatnim
pociągnięciem pióra.
KONIEC